czwartek, 29 grudnia 2011

"Rok nie wyrok" - Piotr Milewski

Zacznę tak: książka "Rok nie wyrok" jest pozycją absolutnie wyjątkową i nieprzeciętną!! :)) I to nie tyle za sprawą tematu jaki podejmuje (bo ten akurat mało mnie interesuje), ale tego w jaki sposób został on opisany. Autor jest mistrzem wnikliwej obserwacji i umiejętności opisywania tego co zobaczył przy użyciu języka żywego i soczystego, którego nie powstydziłby się sam Charles Bukowski. Na pozór karkołomne zadanie przełożenia swoistej nowomowy raperów na język polski udało się znakomicie.
A kim jest ów autor? Kojarzycie być może takie zdanie: "Z Nowego Jorku Piotr Milewski, Radio Zet"? Wiele osób słyszało je  zapewne wielokrotnie. Ja zwykle słucham innej stacji, ale nazwisko obiło mi się o uszy. Teraz wiem, że słusznie i że to nazwisko należy zapamiętać, bo oto objawił się talent pisarski przez duże T. Ale od początku.
"Załamka. Prawda, pijam, i to nie wylewając za kołnierz. Prawda, próbowałem wielu nielegalnych substancji. Ale przymusowy odwyk? Pięć razy w tygodniu? To niedorzecznośc i potworna strata czasu!
Mylę się. Odwyk jest niedorzecznością, ale stratą czasu w żadnym razie."
Piotr Milewski miał pecha. Znalazł się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Podczas obławy na handlarzy narkotyków został zatrzymany i aresztowany za posiadanie kokainy. Miał do wyboru dwie opcje: albo nie przyznaje się do winy, czeka na proces, a potem dostaje wyrok - 2,5 roku więzienia, albo przyznaje się do posiadania narkotyków i zostaje skierowany na12 miesięcy przymusowej terapii odwykowej. Efektem tego okresu jest "Rok nie wyrok" - dziennik z terapii.

Bohaterami są uczestnicy programu, głównie Czarni i Latynosi - dilerzy, przestępcy, recydywiści - ludzie zepchnięci na margines, bez perspektyw na normalne, zwyczajne życie. Czy terapia sprawi, że oto powrócą na właściwą drogę? Szansa jest niewielka z kilku powodów: po pierwsze, system nakazuje wszystkich traktować w jednakowy sposób, żywiąc nadzieję, że metoda przetestowana na amatorze marihuany, zadziała też w przypadku nałogowego alkoholika, narkomana i lekomana w jednym. Po drugie, Khaisha - terapeutka grupy Mila (ksywka autora) jest totalnie niepozbierana, roztrzepana, zawsze zadaje te same pytania i pozwala by rozmowy toczyły się w kierunku rzadko zgodnym z duchem terapii. Po trzecie, uczestnicy nie robią nic w celu zerwania z nałogiem. Spotykając się na regularnych sesjach terapeutycznych wymieniają poglądy na temat metod dilowania? dilerowania? .... handlu! i uzyskania negatywnego wyniku badania moczu:
"Tian wyrzuca Derrickowi, że wcześniej nie przyznał się do palenia i nie poprosił o radę, tylko bezmyślnie oddawał brudną urynę.
- Człowiek, trzeba było płukać. A tak żeś zamknął wszystkie drogi.
- Nie słuchaj go, Derrick - interweniuje Kaisha. - Płukanki nie działają, a jeśli próbujesz rozcieńczyć urynę, pijąc duże ilości wody, wykazuje wodoładowanie. 
- Nic nie wykazuje, dziewczyna. Wypijasz galon na wieczór i galon przed badaniem, urynując często, jak możesz. Tylko musisz zarzucać witaminę B3....
- Nie wierz mu Derrick. To mity.
- Żadne mity. Trzeba ostrożnie, żeby za bardzo nie ścieńczyć, bo badają wagę moczu i zawartość kreatyniny. Nie wolno, jak niektórzy, samą wodę pić, bez jedzenia i niczego. Lepiej nawet sok jabłkowy czy żurwinowy przed testem. A witamina B zwiększa poziom kreatyny, z której wytwarza się kreatynina. Osiem razy czyściłem i nigdy nie miałem wtopy - wyznaje Tian.
- Żebyście tyle wysiłku i pomysłowości wkładali w prace nad sobą, naukowcy! - marzy się Khaishy."
 Dyskutują też na temat wychowania dzieci, relacji z kobietami i tradycji świątecznych:
"- U nas nie ma Święta Dziękczynienia. To amerykańskie święto. 
Grupa spogląda ze zdziwieniem.
- To jakie święto jest w Polsce najważniejsze?
- Boże Narodzenie.
- I co wtedy robicie?
- Właściwie najważniejsza jest Wigilia. Taka kolacja w przeddzień Bożego Narodzenia. Wtedy pościmy ...
- Pościcie?
- Tak. Jemy ryby, na ogół: śledzia i karpia. Pierogi, białe ziemniaki, zupę z buraków albo z grzybów. Znaczy z dzikich grzybów, zbieranych w lesie.
- Że co? W lesie? Człowiek! - dziwuje się Uroda.
- Tak, zbieranych w lesie i ususzonych.
Przerażeni koledzy kręcą głowami i uderzają się po udach.
- Nie w każdym kraju wszystkim się przelewa jak w Ameryce - tłumaczy Khaisha. - Są miejsca na świecie, gdzie ludzie dalej sami hodują zwierzęta na mięso, zbierają różne rzeczy do jedzenia w lasach. Społeczności zbierackie i pasterskie..."
Podczas tych spotkań, między kursantami nawiązuje się nić porozumienia i zacierają się różnice kulturowe:
"- Pete, ostrzygłeś się?
- Troszeczkę. 
- No to pokaż.
Zdejmuję dokerską czapkę, która dotychczas szczelnie osłaniała łysą czaszkę z paskiem szczeciny pośrodku.
- Wow, człowiek!
- Ja cię kręcę! Wypas joł!
- Gratulacje, Pete!
- Wyjebany fryz, sam se taki fundnę.
Aplauz przerasta moje najśmielsze oczekiwania.
- Zawodówka, Pete. Jak żeś przyszedł z tymi piórami do ramion, z tymi butami na koturnie, nie wiadomo było: chłopak czy dziewczyna. Znaczy, z kiciorem ... Na początku tylko ... Potem już nie tego.... Wiesz o czym ja mówię... No! A teraz nie ulegasz wątpliwości, żeś jest facet! - Carlos postanowił oczyścić atmosferę. "
Dziwię się sama sobie, że książka o odwyku głównie dla gangsterów tak bardzo mi sie podobała. To nieprawdopodobne, a jednak!! Piotr Milewski napisał książkę totalnie prawdziwą, niepoprawną politycznie i uzależniającą. Momentami jest przerażająca i porażająca, w wielu miejscach zabawna i pewnie dzięki temu "Rok nie wyrok" czyta się z zapartym tchem.
Dlatego zachęcam - przeczytajcie tę książkę, bo naprawdę warto!! Na początku język może wydawać Wam się trudny i dziwny, ale gdy już przyzwyczaicie się do stylu autora, jestem pewna, że akcja pochłonie Was bez reszty. 





PS. Za książkę dziękuję Pani Kasi z Wydawnictwa Niebieska Studnia :)


sobota, 24 grudnia 2011

Wesołych Świąt !!!





Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia wszystkim znajomym i nieznajomym, blogowiczom i odwiedzającym życzę wszelkiej pomyślności, uśmiechu, spokoju i wszystkiego co najlepsze na 2012 rok.











________________________________________________________________

Ps. A już wkrótce nowe recenzje, przede wszystkim rewelacyjnej książki Piotra Milewskiego "Rok nie wyrok". Niestety ostatnio ktoś mi ukradł czas i ledwo wyrabiałam na przysłowiowych zakrętach. Liczę, że po Świętach będzie lepiej.


Gorące pozdrowienia dla wszystkich. Wesołych Świąt!!! 
rr-odkowa

czwartek, 17 listopada 2011

"Prokurator Alicja Horn" - Tadeusz Dołęga - Mostowicz

Kiedy zaczynałam czytać powieść Tadeusza Dołęgi - Mostowicza "Prokurator Alicja Horn" myślałam o tym co napiszę w recenzji i byłam przekonana, że jedno z pierwszych moich zdań będzie brzmiało: "Cudowna, w starym stylu, powieść dla kobiet, które takie klimaty lubią" Jakżesz się pomyliłam. "Prokurator Alicja Horn" to przede wszystkim świetna powieść dla każdego - dla kobiety, mężczyzny, babci, przyjaciela i młodszej siostry. To powieść sensacyjna, gangsterska, awanturnicza. Momentami romantyczna i zadziwiająco aktualna. No i genialna :)

Jan Wikler awanturnik i kobieciarz przybywa do Warszawy. Przed laty, jako Bohdan Drucki, musiał uciekać z Polski ponieważ zgwałcił młodą dziewczynę za co, rzecz jasna, był ścigany przez policję. Teraz postanawia osiąść tu na jakiś czas, zwłaszcza że stary znajomy, Borys Załkind powierzył mu prowadzenie nocnego klubu "Argentyna". Dla Winklera, który lubi się bawić, nie stroni od alkoholu i kobiet jest to praca idealna. Szybko przemienia kiepsko działający interes w jedno z najbardziej popularnych miejsc w Warszawie. Każdego wieczora lokal jest pełny, a goście bawią się wyśmienicie. Pewnego dnia do "Argentyny" przychodzi prokurator Alicja Horn. Drucki widział ją wcześniej w kawiarni, a jej nieprawdopodobna uroda przykuła jego uwagę. Zaczyna więc zabiegać o jej względy, adorować, co Alicja zauważa i akceptuje. Gdy już wydaje się, że romans tej dwójki jest tuż tuż Alicja znika. W życiu Jana Winklera pojawia się jednak ponownie gdy ten zostaje aresztowany za rzekomy handel morfiną. Alicja jest oskarżycielem, ale też .... koniec końców .... to ona ratuje go przed skazaniem. Wybucha płomienny i namiętny romans ......

Nie mogę powiedzieć co było dalej, bo zepsułabym Wam przyjemność z lektury. I tak mam wrażenie, że napisałam już zbyt dużo, zwłaszcza jeśli chodzi o związek Al i Boha (jak zwykli o sobie mówić).  Warto zauważyć, że ta historia to tylko jeden z wątków. Równie pasjonujące są relacje Jana z innymi osobami (przede wszystkim z Julka - podopieczną Alicji), z doktorem Karolem Brunickim, Borysem Załkindem i jego żoną Lubą. Wspomniany przed chwilą Karol Brunicki to bardzo ważna postać w całej historii. Wraz z goszczącym u niego incognito, światowej sławy biologiem, doktorem Kunoki przeprowadzają nielegalne eksperymenty nad rozwojem prenatalnym człowieka. W zamkniętej części domu doktora Brunickiego znajduje się mała klinika, w której przetrzymywane są kobiety w ciąży i kobiety z małymi dziećmi. Także naukowe dyskusje obu doktorów są również niesłychanie interesujące, bo pokazują ówczesny poziom badań nad rozwojem człowieka.
"Prokurator Alicja Horn" to także pasjonujący obraz zmieniających się czasów. Oto młoda, piękna i inteligentna kobieta zostaje mianowana podprokuratorem, co wywołuje wielkie poruszenie. Jakże to tak? Kobieta prokuratorem?
"W sądzie okręgowym od poniedziałku panowała niebywałe podniecenie.
Zaczęło się od tego, że prokurator Martynowicz stanął w drzwiach kancelarii i zwracając się do aplikanta Modronia, powiedział swoim burkliwym a dobitnym głosem:
- Każe pan na drzwiach gabinetu po podprokuratorze Korczyńskim przybić napis: "Podprokurator Alicja Horn" Zrozumiano?
-Tak jest, panie prokuratorze.
Drzwi zamknęły się z lekkim trzaskiem. W kancelarii umilkły wszystkie maszyny, zaległa zupełna cisza. [...]
- Jakże, podprokurator Alicja Horn - oburzył się stary pan Rolko. - Niby kobieta?
[...]
- Jeżeli Alicja, to juścić kobieta.
- Ale darujcie! Kto kiedy widział kobietę prokuratora?
- Jak pan powiada?
- Alicja Horn
- Tak, tak - pokiwał głową pan Rolko. - Rozpusta i tyle. Niezłe czasy, co? ..."*
 No co tu dużo pisać - książka podobała mi się ogromnie (a jedyny minus jaki znalazłam to, pozostawiająca wiele do życzenia, korekta. Zbyt dużo znalazłam w tekście literówek, żeby o tym nie wspomnieć).
Polecam Wam tę powieść gorąco. Gwarantuję, że przepadniecie już po kilkunastu przeczytanych stronach i trudno będzie się Wam oderwać :)).




 zdjęcie pochodzi z tej strony link 

* T. Dołega - Mostowicz, Prokurator Alicja Horn, Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 2010, s. 33. 

poniedziałek, 7 listopada 2011

"Dobrego złodzieja przewodnik po......"

Jeśli macie zły nastrój albo potrzebujecie na kilka godzin zapomnieć o całym świecie koniecznie sięgnijcie po książki Chrisa Ewana "Dobrego złodzieja przewodnik po Amsterdamie" i "Dobrego złodzieja przewodnik po Paryżu". Nie jest to może literatura ambitna, ale na pewno lekka i przyjemna, przy której czas upłynie szybko. Głównym bohaterem jest Charlie Howard pisarz, autor kryminałów, a przy okazji ...... złodziej. W swojej pracy przestrzega swego rodzaju kodeksu honorowego. Nie nosi broni, zawsze upewnia się czy w miejscu, które chce okraść nikogo nie napotka, nie robi bałaganu .... a że przede wszystkim pamięta o własnej prowizji ..... no cóż, takie życie ;)
W pierwszej części otrzymuje zlecenie kradzieży dwóch z trzech figurek małp. Zleceniodawca posiada jedną z nich, ale potrzebuje jeszcze dwóch pozostałych. Dzięki precyzyjnym wskazówkom Charliemu udaje się zdobyć figurki. Niestety to dopiero początek kłopotów, gdyż zleceniodawca umiera na skutek ciężkiego pobicia i podejrzenia padają na Charliego. Żeby uniknąć procesu główny bohater musi rozwiązać zagadkę trzech małp, dowiedzieć się kto jest mordercą. A w tym wszystkim musi jeszcze znaleźć czas na poprawki w swojej nowej powieści, które to z chirurgiczną precyzją wytyka mu jego redaktorka i powierniczka.
W drugiej części akcja przenosi się do Paryża, gdzie Charlie niespodziewanie wpada w sam środek dużej intrygi, której punktem kulminacyjnym ma być kradzież obrazu Picassa "Mężczyzna z gitarą". Charlie ponownie jest poszukiwany przez policję, gdyż w jego mieszkaniu popełniono morderstwo. Na własną rękę prowadzi śledztwo, które utrudniają mylne tropy i ludzie, którzy nie są tymi, za których się podają.
Myślę, że dużą zaletą obu książek o dobrym złodzieju jest ciekawa intryga, która niczym u Agathy Christie, zostaje wyjaśniona dopiero na ostatnich stronach. Charlie Howard mimo iż zajmuje się niezbyt chlubną profesją jest niewątpliwie sympatyczną i barwną postacią. I wcale nie przeszkadza fakt, że nie mamy pojęcia jak wygląda. Wiadomo tylko, że twarz widniejąca na okładkach jego książek nie jest jego twarzą i że w pewnym momencie musiał obciąć i przefarbować włosy. Interesujący są również inni bohaterowie, a przede wszystkim redaktorka Victoria, która pomaga Charliemu zarówno przy tworzeniu książkowych intryg, jak i w rozwiązaniu zagadki kradzieży obrazu Picassa. Niewątpliwym plusem jest też lekki i żywy język i poczucie humoru autora.
Jeśli więc macie ochotę na przyjemną i niezobowiązującą lekturę poszukajcie książek Chrisa Ewana. Ja czekam na kolejne odsłony przygód dobrego złodzieja ... tym razem w Las Vegas i w Wenecji.

niedziela, 30 października 2011

"A na imię jej będzie Aniela" - Marcin Wroński

Retro - kryminały z komisarzem Maciejewskim w roli głównej czytuję namiętnie. Podobały mi się zarówno "Morderstwo pod cenzurą" jak i "Kino Venus", jednak uważam, że najnowsza książka "A na imię jej będzie Aniela" jest z nich wszystkich najlepsza. Już na trzeciej stronie dałam się porwać morderczej intrydze i prowadzić przez wojenny Lublin ..... mój Lublin.
Akcja powieści rozpoczyna się w 1938 roku, a dokładnie 9 września kiedy to komisarz Zygmunt Maciejewski przybywa na miejsce zbrodni. Zgwałcona i zamordowana została młoda kobieta - Aniela. Na jej ciele znajduje się dziwna substancja, być może ropa z ran skórnych, a tajemniczości dodaje fakt, że 9 września to dzień jej imienin. Mija rok, wybucha wojna, a komisarz Maciejewski dalej głowi się nad tą sprawą. I oto w ogarniętym wojenną zawieruchą Lublinie dochodzi do podobnego morderstwa. Wszystko się zgadza - data jest ta sama i denatka nosi to samo imię. Do miasta wkraczają Niemcy, trwają bombardowania i aresztowania a dzielny komisarz tropi mordercę. Żeby móc kontynuować śledztwo wstępuje do niemieckiej Policji Kryminalnej.
Oprócz warstwy kryminalnej, jak zwykle w powieściach Marcina Wrońskiego, ważna jest warstwa historyczna. Dla mnie to największy atut wszystkich powieści o komisarzu Maciejewskim. Ten wyraźnie wyczuwalny duch miasta, fotograficzna precyzja w opisie miejsc, która - co ważne - nie jest fantazją autora, ale wynikiem pracy nad dokumentami. To wszystko sprawia, że wierzę, że miasto wyglądało właśnie tak. Teraz gdy idę ulicami opisanymi na kartach powieści potrafię wyobrazić sobie jak wyglądały wtedy. I choć tak wiele się zmieniło, to mam nadzieję, że duch miasta pozostał niezmieniony.
Czytanie sprawiło mi ogromną przyjemność, bo i rytm tego kryminału był dobry. Być może się mylę, ale zawsze wydawało mi się, że jeśli coś płynnie się czyta, to taki sam był proces tworzenia. Ciekawe czy tak jest w istocie? Autor pozwala sobie na pewne żarty literackie - jak choćby rozmowa śledczych o komisarzu Popielskim ze Lwowa lub moment, w którym Róża czyta powieść w odcinkach autorstwa W. Rońskiego. Czuć, że autor - jak sam powiedział w jednym z wywiadów - przeszedł z amatorstwa na zawodowstwo. I chwała mu za to. Oby dzięki temu spod jego pióra (czy raczej klawiatury) wyszło jeszcze wiele równie dobrych książek.
Jedyny minus jaki przychodzi mi do głowy po lekturze, to fakt, że akcja powieści toczy się przez całą wojnę. Samo w sobie nie jest to zarzutem, ale gdyby skondensować akcję to w tym czasie Maciejewski mógłby rozwiązać jeszcze jedną lub dwie sprawy. Dla czytelnika byłaby to możliwość przeczytania kolejnych kryminałów. Wiem, że autor pisze następne, ale czy będą rozgrywały się w czasie wojny? Chyba nie. A trochę szkoda, bo Lublin wojenny był równie interesujący jak ten z poprzednich kryminałów.
Niezależnie od wszystkiego "A na imię jej będzie Aniela" polecam bezdyskusyjnie.


Dla chętnych link do strony Ośrodka Brama Grodzka - Teatr NN, który jest prawdziwą skarbnicą wiedzy na temat historii miasta i jego mieszkańców. Jak się dobrze pogrzebie można znaleźć matrycę starego miasta, stare zdjęcia i inne cudeńka. Polecam gorąco!

niedziela, 23 października 2011

Stosiki, stosiki :))

Ostatnio sypnęło u mnie książkami. Wyprawa do dwóch bibliotek zakończyła się "przywłaszczeniem" 11 książek, z których przynajmniej połowa to takie typowe "must have". Dobrze, że panie bibliotekarki wykazują się dużym zrozumieniem i nie ograniczają mi ilości wypożyczanych książek :).

    
1. "Dzisiaj narysujemy śmierć" - Wojciech Tochman - to książka, którą już dawno chciałam przeczytać. Duża tu zasługa super pozytywnych recenzji niektórych blogowiczów :)
2. "Zrób sobie raj" - Mariusz Szczygieł - absolutnie jw. :)
3. "Książka" - Mikołaj Łoziński - szukałam tej pozycji od momentu kiedy usłyszałam o niej w programie "Od słowa do słowa" w TVP Kultura. 
4. "Odważni" - Nicholas Evans - Uwielbiam tego autora więc czytam każdą jego książkę. Tym razem nie mogło być inaczej. 
5. "Dobrego złodzieja przewodnik po Paryżu" i "Dobrego złodzieja przewodnik po Amsterdamie" - Chris Ewan - nie wiem nic o tym autorze, nie słyszałam o tych tytułach, ale opis na obwolucie sugeruje, że może mi się podobać. Zobaczymy :)
6. "Biała gorączka" - Jacek Hugo - Bader - mam znajomą, która jest absolutną, bezkrytyczną wielbicielką tego pisarza i w mojej obecności kilkakrotnie tak się nim zachwycała, że nie mogłam nie zobaczyć co to za człowiek. Blogowe recenzje też zrobiły swoje. 
7. "Prokurator Alicja Horn" - Tadeusz Dołęga - Mostowicz - Autora "Znachora" znają chyba wszyscy, ja też. Ale o tej książce nie słyszałam nigdy. Pora to zmienić. 
8. "Imiona honoru" - Zdzisław Romanowski - Opis na okładce sugeruje, że będzie to opowieść o ludziach i ich rozterkach na tle zbliżającej się II wojny światowej.


 Lubię serię wydawniczą "Kalejdoskop" Wydawnictwa Muza, więc gdy tylko mam okazję chętnie sięgam po te książki. Niedawno udało mi się kupić kilka z nich w wyjątkowo atrakcyjnej cenie. Teraz stoją grzecznie na półce i czekają na swoją kolej.
1. "Świat według psa" Doroty Sumińskiej. Powiem szczerze - nie przepadam za telewizyjnymi programami pani Doroty, bo czasami gada totalne głupoty, zwłaszcza gdy podejmuje temat zachowań zwierząt. Ale jej książki czyta się dobrze. A "Autobiografia na czterech łapach" podobała mi się ogromnie. Mam nadzieję, że tym razem będzie podobnie.
2. "Żarłoczny przypływ" - Amitav Ghosh. Być może nie sięgnęłabym po tę książkę gdyby nie przepiękna okładka. Zresztą zobaczcie sami.


piątek, 14 października 2011

"Historie miłosne" - Eric-Emmanuel Schmitt

Eric - Emmanuel Schmitt jest pisarzem, którego książki bardzo sobie cenię. Podoba mi się jego delikatny, nienarzucający się styl, umiejętność nadania słowom treści i optymizm i nadzieja tchnące z jego tekstów. Podobała mi się większość jego książek, choć nie rozmyślam o nich tygodniami, nie czekam z niecierpliwością na nowości i nie kolekcjonuję własnych egzemplarzy. A jednak śmiało mogę powiedzieć, że należy on do grona moich ulubionych pisarzy. Ot, taki paradoks.
W ubiegłe wakacje czytałam "Moje życie z Mozartem" a niedawno wypożyczyłam z biblioteki "Historie miłosne". Jest to zbiór opowiadań, których wspólnym mianownikiem jest właśnie miłość. Do zbioru dołączono wydany już wcześniej dramat "Tektonika uczuć".
Miła i przyjemna była to lektura. Największe wrażenie zrobiły na mnie dwa opowiadania: "Marzycielka z Ostendy" i "Zbrodnia doskonała". Bohaterką pierwszego z nich jest starsza, poruszająca się na wózku inwalidzkim kobieta, która w obliczu zbliżającej się śmierci postanawia opowiedzieć historię wielkiej miłości. Historia jest przepiękna i nieprawdopodobna, ale gdy okazuje się, że kobieta już we wczesnej młodości była kaleką, pod dużym znakiem zapytania staje autentyczność tej historii. I właściwie nikt w nią nie wierzy .... aż..... Piękna, wzruszająca historia i zdanie wypowiedziane przez starszą panią "z wielkiej miłości nie da się wyleczyć", które może być puentą. 
Drugie opowiadanie jest przestrogą przed uleganiu wpływowi i osądowi innych osób. Gabriela postanowiła zabić swojego męża ponieważ jej przyjaciółka powiedziała o nim, że jest zbyt uprzejmy żeby mógł być szczery, że jest idealnym obłudnikiem. Czy faktycznie tak było, czy Gabriel kiedykolwiek zdradził żonę, oszukał, nadużył jej zaufania? Odpowiedź oczywiście w opowiadaniu. 
Ciekawe były też opowiadania "Odette Jakkażda" o zwykłej kobiecie i jej ulubionym pisarzu i o tym jak ich drogi życiowe się spotkały i "Wszystko czego potrzeba do szczęścia", w którym główna bohaterka przez przypadek odkrywa, że jej mąż prowadzi podwójne życie. 
Najsłabsze w całym tomie wg mnie było opowiadanie "Piękny deszczowy dzień". Zupełnie nie wiem co autor miał na myśli, a i historia Helene nie przemówiła do mnie.
Całość wieńczy dramat "Tektonika uczuć". Główni bohaterowi Diane i Richard są parą niemal idealną, a jednak okazuje się, że mała prowokacja, niewinne kłamstwo potrafią zburzyć ten na pozór silny związek i wprowadzić mnóstwo zamętu w ich uporządkowane życie. Ku przestrodze dla wszystkich. 
"Historie miłosne" są jak najbardziej godne uwagi, bo choć wydaje się, że o miłości powiedziano już wszystko to E.E. Schmitt rzuca nowe światło na kilka jej odmian. Niby zwykłe historie, zwykli ludzie, a jednak autor tak prowadzi opowieść, że niejednokrotnie zaskakuje, zmusza do refleksji i wywołuje silne emocje. A o to przecież w chodzi w literaturze. Polecam.   


wtorek, 11 października 2011

"Dziękuję za wspomnienia" - Cecelia Ahern

Czy Wasze blogi też  zostały dzisiaj usunięte? Ja przeżyłam chwile grozy gdy włączyłam rano komputer i okazało się, że mojego bloga nie ma. Został skasowany. Rzucałam gromami pod nosem i usiłowałam znaleźć przyczynę. Wszelkie działania były bez sensu, a po jakimś czasie blog, równie tajemniczo jak zniknął, wrócił na swoje miejsce. Mam nadzieję, że była to tylko chwilowa awaria bloggera.

Ale do rzeczy.... Od kilku dni zmagam się z jakimś wyjątkowo upartym wirusem, a co za tym idzie, jestem na zwolnieniu. A gdy jest się na L4 i gdy na kilka godzin uda się zbić gorączkę to co można robić? Oczywiście czytać książki. I tak też robię.
Na weekend, podczas którego czułam się wyjątkowo fatalnie, wybrałam książkę Cecelii Ahern "Dziękuję za wspomnienia". Poza tym, że jest łatwa, lekka i totalnie naiwna, niewiele można o niej napisać. Joyce potrzebuje krwi ponieważ spadła ze schodów i straciła dziecko. Justin za namową koleżanki decyduje się oddać krew. Trafia ona do leżącej w szpitalu dziewczyny. I nagle okazuje się, że Joyce śni o ludziach i miejscach, których nigdy nie widziała, zna się na architekturze i winach i mówi po włosku. Dokładnie tak jak Justin. Nie dość, że robią w tym samym momencie te same rzeczy to jeszcze ciągle na siebie wpadają. 
Poziom naiwności jak dla mnie przekroczony kilkakrotnie. I gdyby nie fakt, że nie potrafiłam skupić się na żadnej poważniejszej lekturze, tej książki z pewnością bym nie przeczytała. A tak, dałam radę.



PS. Dobrze, że w poniedziałek zgarnęłam z półki kolejną książkę. Może nie była to lektura bez wad, ale na pewno o wiele lepsza od "Dziękuję za wspomnienia". Szczegóły jutro.

niedziela, 9 października 2011

"Piękni i przeklęci" - Francis Scott Fitzgerald

Recenzując "Miasto ryb" pisałam, że nie polubiłam głównej bohaterki. Ciekawe co mam napisać teraz, po przeczytaniu "Pięknych i przeklętych"? Chyba tylko to, że Ała z "Miasta ryb" to świetna osoba w porównaniu z głównymi bohaterami powieści Francisa Scotta Fitzgeralda - Anthonym i Glorią. Ci to dopiero dali mi w kość. Nie ma możliwości, żeby choć trochę ich polubić, zresztą nie o sympatię w tym przypadku autorowi chodziło.
Akcja tej powieści toczy się w na początku XX wieku w Stanach Zjednoczonych. Anthony Patch na pozór jest bogatym, wytwornym, inteligentnym młodzieńcem. Na pozór. W rzeczywistości nie jest ani bogaty (dysponuje pewnymi środkami, ale tak naprawdę liczy na spadek po dziadku - milionerze), ani wytworny, ani przesadnie inteligenty. Jest za to rozkapryszony, leniwy i egzaltowany. Główne jego zajęcia to spotkania ze znajomymi i snucie planów napisania książki o średniowieczu.
"....dzięki spotkaniu z dziadkiem zaczął myśleć o pracy jako o czymś, czym może wypełnić sobie życie. Przez rok, który minął od tej rozmowy, sporządził kilka spisów bibliografii, wymyślał tytuły rozdziałów i nawet rozplanował sobie pracę, ale dotąd nie napisał ani jednej linijki; nie wyglądało też, by kiedykolwiek miał coś napisać. Nie robił nic - i w całkowitej niezgodności z logiką wielce go to bawiło."
 Gdy Anthony poznaje Glorię jego życie nabiera rumieńców, ale myli się ten, kto sądzi, że chłopak się zmieni. Teraz rzeczy, które do tej pory robił sam, robi z Glorią.
 "To co robimy z Anthonym, to puszczanie baniek mydlanych. Szczególnie piękne puszczaliśmy dzisiaj; gdy te pękną, zrobimy nowe, tak samo wielkie, tak samo piękne - aż zabraknie nam wody i mydła."
Razem wydają pieniądze, bawią się i żyją w niszczącej ułudzie, że świat mają u swych stóp. Niestety, życie które jest jedną wielką imprezą w pewnym momencie się kończy. Grono znajomych kurczy się coraz bardziej, a bohaterów momentami nachodzi refleksja, że coś powinni zmienić w swoim życiu. Ale potem znowu zaczyna się weekend, a wraz z nim kolejna impreza trwająca kilka dni. I nagle okazuje się, że świat w którym żyją i realia im współczesne sprawiły, że to oni musieli paść na kolana. Kończą się pieniądze z akcji, mieszkania, które wynajmują są coraz mniejsze i w gorszych dzielnicach, a dziadek w swoich planach testamentowych najwyraźniej nie uwzględnił jedynego wnuka. Co robić w takiej sytuacji? Szukać pracy? Jakże to, przecież to wstyd? Znamienne jest ostatnie zdanie powieści, które na długo wbiło mnie w fotel.

Francis Scott Fitzgerald stworzył powieść wyjątkową - wielowymiarową i pasjonującą. Jest to kronika Ameryki z początków XX wieku. Kronika brutalnie obnażająca moralny upadek ówczesnej "śmietanki towarzyskiej", która w rytm melodii wygrywanych przez muzyków jazzowych, trwoniła czas i fortunę. Anthony i Gloria są tylko przedstawicielami tej części społeczeństwa. Są ludźmi dla których wartości takie jak pracowitość, lojalność i przyzwoitość nic nie znaczyły. Liczyła się tylko zasobność portfela i gotowość do uczestniczenia w alkoholowych spotkaniach towarzyskich.

Na okładce polskiego wydania możemy przeczytać taki tekst: "Historia wielkiej miłości, która przerodziła się w przekleństwo". Niestety ja w tej historii żadnej wielkiej miłości nie znalazłam. Nie wydaje mi się, żeby Anthony i Gloria darzyli siebie jakimś szczególnym uczuciem. Każde z nich było zbyt skupione na sobie i swoich odczuciach żeby móc naprawdę pokochać.

Cóż mogę powiedzieć na koniec - PRZECZYTAJCIE KONIECZNIE. Choć z góry uprzedzam, że nie jest to powieść łatwa, lekka ani przyjemna. Niemniej jest naprawdę warta poznania.

sobota, 1 października 2011

"Miasto ryb" - Natalka Babina

O "Mieście ryb" czytałam i słyszałam wiele dobrego. I słusznie, bo to wyjątkowa książka, jedna z lepszych jakie ostatnio czytałam. Momentami nostalgiczna, momentami szalona, w wielu miejscach zabawna i ciągle na nowo zaskakująca. Muszę przyznać, że po pierwszych kilku stronach nie oczekiwałam że ta lektura da mi tyle przyjemności. A jednak!!!
Na okładce czytamy: 
"Brawurowa powieść białoruska: nad Bugiem, na ziemi brutalnie przeciętej pasem granicznym, w sielskiej wiosce Dobratycze ginie najstarsza jej mieszkanka, babcia Makrynia. Kto i dlaczego wsypał truciznę do kubka z kawą na werandzie? Czy babcia naprawdę była, jak szeptano w okolicy, wiedźmą? A jeśli tak, czy zdoła po śmierci ukarać swoich morderców i obronić wieś przed zagładą?
Świetnie, reportażowo wręcz opisane realia współczesnej Białorusi zapewne zaskoczą Polaków: uczciwe, prywatne firmy, duże pieniądze, Internet pod strzechami, a z drugiej strony dynamiczna mieszanka języków, kultur i religii, lokalna świadomość sięgająca czasów unii brzeskiej - wszystko to mocno odbiega od stereotypy smutnego, płaskiego kraju, przygniecionego polityką prowincjonalnego reżimu...."
Nie jest łatwo zaklasyfikować tę powieść do jednego, konkretnego gatunku. Po części jest to kryminał (zostaje zamordowana babcia głównej bohaterki), po części science - fiction (bohaterka wpada w nory czasowe i przenosi się w przeszłość). Znajdziemy tu także elementy powieści obyczajowej i political - fiction. Na okładce widnieje hasło "Ta białoruska książka nie jest o Łukaszence". I faktycznie nie jest, ale jest o wyborach prezydenckich, o aresztowaniach, podsłuchach i zastraszaniu zwolenników innych (niż ten właściwy) kandydatów. Główna bohaterka to pięćdziesięcioletnia kobieta po przejściach, ciągle popijająca alkoholiczka po licznych terapiach odwykowych, rozwódka [jak się potem okaże od 17 lat ;)] ściągająca na siebie liczne kłopoty, siostra bliźniaczka - co jest dosyć istotne dla całej fabuły, a już na pewno dla bohaterki.

Każdego, kto nie czytał "Miasta ryb" zachęcam do lektury z dwóch powodów. Po pierwsze, nie często mamy możliwość (a przynajmniej ja) poznawania dorobku pisarzy zza naszej wschodniej granicy. Po drugie, ta książka ma w sobie tak wiele atrakcyjnych elementów, że szkoda byłoby ją przegapić. Mi podobała się ta delikatna nostalgia, którą można wyczuć z na kartach powieści. Absolutnie dałam się porwać wyobraźni Natalki Babiny, która tak prowadziła akcję w nieprawdopodobny sposób. A jedyny, malutki zarzut jaki mam dotyczy głównej bohaterki, nie potrafiłam jej polubić. Ciekawiły mnie jej losy, ale jej postępowanie, jej wybory, były tym czego nie potrafiłam zaakceptować.
Niemniej, jak napisałam powyżej, zachęcam gorąco do lektury, bo co mamy czytać jeśli nie takie wielowątkowe i pasjonujące książki?? Ja z pewnością będę czekać na kolejne powieści tej nietuzinkowej pisarki.



czwartek, 25 sierpnia 2011

Moja książka roku !!!! (wiem, wiem mamy dopiero sierpień)

Może dziwne wyda Wam się to co chcę napisać. Otóż .... wiem już, która książka wygra w plebiscycie najlepsza książka 2011 roku. Zapytacie - jak to możliwe skoro mamy dopiero sierpień? A właśnie, że możliwe. Powiem więcej. Jestem pewna, że ta książka na długie lata zagości w moim THE BEST EVER.
A to książką jest "Wzgórze Błękitnego Snu" Igora Newerlego.
Igor Newerly do niedawna był mi pisarzem właściwie nieznanym. Wiedziałam, że jest autorem książki "Zostało z uczty bogów", której nie czytałam i pamiętam, że w szkole podstawowej omawialiśmy "Chłopca z Salskich Stepów", ale już dawno zapomniałam o czym była ta książka. Kiepska ta moja wiedza.
I nie wiem jak to się stało, ale podczas mojej ostatniej wizyty w bibliotece jakoś mi się Igor Newerly przypomniał, a jedna z moich ulubionych pań bibliotekarek poleciła mi właśnie "Wzgórze Błękitnego Snu".
Ach, cóż to za piękna, mądra i wciągająca książka. Jeśli nie czytaliście -  K O N I E C Z N I E przeczytajcie!!! Głównym bohaterem jest Bronisław Najdarowski, który za próbę zamordowania cara zostaje zesłany na katorgę. Po czterech latach jest wolny, ale nie może wrócić do Polski tylko nakazem sądu dożywotnio zamieszkać na Syberii. Tam, w małej wiosce wśród prostych, dobrych i uczciwych ludzi, znajduje swoje miejsce na ziemi. Sam też jest dobrym człowiekiem, a moje serce zdobył już na samym początku książki gdy nakarmił głodnego, przestraszonego szczeniaka i zebrał ze sobą. Przez całe życie Bryśka byli nierozłączni. Bronisław Najdarowski przeżył wiele. Przede wszytkim musiał nauczyć się żyć w tym pięknym, ale trudnym rejonie Rosji. Zajmował się myślistwem, pomagał budować dom, w którym potem sam zamieszkał. Wspólnie z przyjaciółmi znalazł złoto, spotkał też miłość swojego życia. I dobrze mu się wiodło, bo był pracowity i uczciwy, pomagał potrzebującym i był lojalnym przyjacielem. Te wartości są mocno eksponowane w tej książce i pewnie dlatego tak bardzo mi się spodobała. Nie ma tu usprawiedliwienia dla cwaniactwa, nielojalności czy podłości.
Drugim, wielkim atutem tej książki jest język. Zakochałam się w Syberii z kart "Wzgórza Błękitnego Snu". Przepiękne opisy przyrody, prostego, codziennego życia, zwyczajów i ludzi, które nawet przez chwilę się nie dłużyły. Autor zadbał nawet o takie szczegóły jak ceny ubrań, skór czy serów. Chciałam zamieścić tu choć fragment tej cudnej prozy, ale książkę pożyczyłam mamie, więc musicie mi uwierzyć na słowo.
Polecam tę książkę wszystkim. Nie tylko tym, którzy interesują się losami zesłańców lub pasjonują się historią Polski, ale każdemu kto ma wrażliwą duszę i ciągle wierzy, że dobro i prawda zwycięża. O tym jest ta książka!!

bezdyskusyjnie!!!

czwartek, 4 sierpnia 2011

Różne są powody nieobecności ... ale kto słyszał żeby były rude??? ;)

Dawno nie pisałam, ale wszystkiemu winien mój urlop ... troszkę..... i główny powód mojej nieobecności ......nowy członek rodziny. Pojawił się "ni z gruszki, ni z pietruszki". Pewnego dnia mój szwagier znalazł go na ulicy. Kotek (ma około roku) łasił się do ludzi i prosił o jedzenie, a że był strasznie wychudzony i zabiedzony więc szwagier zabrał go ze sobą i tak oto znalazł się u mnie. Kotek otrzymał imię Tymianek i  od ubiegłego tygodnia dzielnie i cierpliwie poddaje się wszelkim zabiegom leczniczym. A leczyć było co, oj było!! Na szczęście wszystko zmierza w dobrym kierunku.
Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy wyrzucają zwierzęta. Biorą gdy są malutkie i słodkie, a potem przychodzą wakacje i zwierzę zaczyna przeszkadzać. Wtedy bierze się takiego osobnika i fiuuuu za drzwi. To oczywiście tylko jeden ze scenariuszy, a bywają jeszcze gorsze. A przecież kot czy pies, który wychował się w domu, nie poradzi sobie sam. Bo jak ma znaleźć sobie jedzenie gdy nigdy tego nie robił? Jak ma przeżyć gdy nie zna zagrożeń, które na niego czekają?
Tymianek jest właśnie takim wyrzuconym kotem. W okolicy nie znaleźliśmy ani jednego ogłoszenia osoby szukającej zguby, mimo że kot jest na pewno domowy. Nasz weterynarz twierdzi, że stan jego zdrowia sugeruje, że mógł błąkać się przez 4 - 5 tygodni.
Teraz kot nabiera sił i każdego dnia staje się bardziej aktywny i weselszy. Bardzo szybko dogadał się z psami  i już nie planuje zmiany adresu. 
Mam nadzieję, że moje życie wkrótce wróci do normy i znowu będę mogła czytać dużo więcej niż obecnie :))
A Tymianek wygląda tak (choć na żywo jest dużo szczuplejszy niż na zdjęciu).
 


niedziela, 17 lipca 2011

"Gorzkie cytryny Cypru" - Lawrence Durrell

Lawrence Durrell (nie mylić z jego młodszym bratem, Geraldem Durrellem) jest tym pisarzem, którego powieści mam na mojej "wish list" chyba od zawsze. Jest on autorem słynnego "Kwartetu aleksandryjskiego", o którym słyszałam wiele, ale nigdy nie widziałam. Moi sporo starsi znajomi, którzy Kwartet kiedyś czytali, na jego wspomnienie wydają przeciągłe "oooooo" co oznacza, że to naprawdę jest coś! Za rekomendację niech posłuży fakt, że ów "czteropak" był inspiracją do napisania "Gry w klasy" dla Julio Cortazara.
Tak więc czekam sobie spokojnie, że kiedyś, któreś wydawnictwo wznowi tę słynną powieść i wreszcie będę mogła ją przeczytać.
Póki co muszą mi wystarczyć "Gorzkie cytryny Cypru". Choć określenie "muszą wystarczyć" sugeruje, że ta książka jest kiepska. A wcale tak nie jest !!! Książka podobała mi się bardzo i myślę, że również ona była w pewnym sensie protoplastką wszystkich późniejszych książek tzw. "krajoznawczych" o autorze, który porzucił jakieś zaludnione, wielkie miasto i postanowił wyjechać na południe: do Prowansji, Toskanii czy innej malowniczej krainy. Lawrence Durrell był Anglikiem, ale urodził się w Indiach i większość swojego życia podróżował. Mieszkał we Francji, w Egipcie, na Rodos, czy właśnie na Cyprze. W "Gorzkich cytrynach Cypru" opisuje swój pobyt w tym kraju, ale może oddajmy mu głos, bo któż lepiej od autora umie opowiadać w swoim dziele:
"To nie jest książka polityczna, ale swego rodzaju impresja na temat nastrojów i atmosfery na Cyprze w trudnych latach 1953 - 1956.
Przyjechałem na wyspę jako osoba prywatna i zamieszkałem w greckiej wiosce Bellapaix. Na opisane tu późniejsze wydarzenia starałem się patrzeć oczyma gościnnych mieszkańców wioski. Mam nadzieję, że książka nie jest tylko nieudolnym peanem na cześć cypryjskich chłopów i tutejszego pejzażu [...].
Okoliczności sprawiły, że na życie codzienne Cypru i jego problemy mogłem patrzeć pod różnym kątem, ponieważ w czasie mojego pobytu imałem się rozmaitych zajęć: przez ostatnie dwa lata byłem nawet na wyspie urzędnikiem państwowym. Obserwowałem więc dramatyczny rozwój wydarzeń zarówno z wioskowej tawerny, jak i z rezydencji gubernatora. Bieg zdarzeń starałem się ukazać z osobistego punktu widzenia i oceniać w kategoriach ludzkich, nie zaś politycznych; chciałem wystrzegać się małostkowości, mam bowiem nadzieję, że książka będzie czytana jeszcze długo po odejściu w przeszłość obecnych nieporozumień, co prędzej czy później musi przecież nastąpić."
 Cóż mogę dodać? Jeśli podobały Wam się książki Petera Mayle`a czy Frances Mayes przeczytajcie koniecznie "Gorzkie cytryny Cypru" bo ta książka jest, według mnie, lepsza. Ciepła, mądra, momentami zabawna, momentami smutno - gorzka i skłaniająca do refleksji.
Naprawdę polecam !!

niedziela, 10 lipca 2011

"Klara Callan" - Richard B. Wright

Powieść "Klara Callan" chciałam przeczytać od momentu gdy Padma (jakieś 2 lata temu) zamieściła jej recenzję na swoim blogu. Poczułam, że to będzie lektura dla mnie i zapisałam ją na mojej "liście życzeń książkowych". Dopiero niedawno udało mi się ją kupić w Matrasie i to za mniej niż 10 zł.
"Klara Callan" to opowieść o dwóch siostrach: tytułowej Klarze i Norze, choć niewątpliwie najważniejsza postacią jest ta pierwsza. Klara jest starsza, ma trzydzieści kilka lat. Po śmierci ojca mieszka sama w wielkim domu, w rodzinnym miasteczku w Ontario i do pewnego czasu jest szanowaną przez lokalną społeczność, nauczycielką szkoły powszechnej. Wydaje się, że jest osobą bardzo spokojną, zrównoważoną i cichą, ale to wszystko pozory, bo wewnątrz jest istnym wulkanem stłumionych emocji, uczuć i myśli, które w końcu muszą znaleźć jakieś ujście. Marzy o wielkiej miłości i przygodach i trochę zazdrości odwagi swojej młodszej siostrze. Nora bowiem mieszka w Nowym Jorku, jest gwiazdą słuchowisk radiowych i prowadzi dość rozrywkowe życie.
Dużym plusem tej książki jest narracja. Nie ma tu typowego narratora, który wie wszystko i opowiada historię bohatera przy użyciu trzeciej osoby. Losy bohaterek poznajmy głównie z listów, które do siebie pisywały (rzadziej z listów od i do innych osób) i pamiętnika Klary. Zwłaszcza te wpisy w pamiętniku pozwalają poznać emocje starszej siostry, których nie potrafi lub też nie chce wyjawić nawet w listach do Nory, w których jest zazwyczaj stonowana i powściągliwa w wypowiedziach. Listy obu kobiet bardzo się różnią. Nora jest szczera i otwarta. Bez skrępowania opisuje swoje smutki i radości: "Jestem teraz bardzo szczęśliwa, Klaro. Program idzie świetnie (słuchałaś jakichś odcinków przez święta?), a w moim życiu pojawił się bardzo słodki mężczyzna. Wiele osób (między innymi Evelyn) uważa, że Lewis jest czymś w rodzaju wilkołaka, ale oni go w ogóle nie znają.....". Natomiast listy Klary wyglądają mniej więcej tak: "Kochana Noro! Dziękuję za liścik. To, co piszesz o zimie, to święte słowa. Nigdy czegoś takiego nie widziałam: dzień w dzień śnieg, a co weekend burza śnieżna. Trochę to przygnębiające, a już jeśli chodzi o węgiel, to klęska. Będę musiała zamówić nową dostawę, żeby mi starczyło do wiosny. Nic nie robię, tylko odkopuję rano dorożkę od domu, przedzieram się przez zaspy do szkoły, a kiedy wracam po południu, odkopuję znowu dojście do domu. Dosyć do beznadziejne. Poza tym nie mam dla Ciebie wielu nowin. Byłam okropnie przeziębiona na początku roku, ale się wykurowałam i jestem z powrotem zdrowa jak koń....". 
W końcu, te przez lata gromadzone emocje wybuchają i Klara staje się sprawczynią kilku lokalnych skandali. Oznajmia, że nie będzie już chodzić na nabożeństwa, bo przestała wierzyć w Boga. W małej społeczności, gdzie wszyscy, niezależnie od poziomu zaangażowania, chodzą do kościoła, taka decyzja musiała wywołać sensację. Ta decyzja była dopiero początkiem "wybryków" starszej z sióstr Callan. 

Powieść Richarda B. Wrighta to także doskonały obraz lat trzydziestych XX wieku. Nowy Jork rozkwita i tętni życiem. Zjeżdżają tam ludzie, którzy szukają szczęścia i próbują odnaleźć się w tym nowoczesnym świecie z eleganckimi magazynami mody i nowinkami technicznymi. Na jego tle Kanada jawi się jako miejsce wyjątkowo spokojne i ciche. Ludzie, na pozór, są pobożni, skromni i chętni do pomocy. W rzeczywistości i z  pobożnością i chęcią pomocy jest różnie, żyją zaś plotkami i nadmiernie interesują się sprawami swoich sąsiadów.
Czy podobała mi się ta książka? Tak i to bardzo, bo "Klara Callan" nie ma słabych punktów. Bardzo dobry język, ciekawa historia i świetnie nakreślenie bohaterowie to elementy, które sprawiły, że wciągnęłam się w tę książkę już na samym początku i pomimo licznych obowiązków (czerwiec to dla mnie zawsze miesiąc bardzo intensywnej pracy) każdego dnia musiałam wygospodarować przynajmniej pół godziny, żeby dowiedzieć się co słychać u Klary.
I na koniec jeszcze słów kilka o autorze. Gdybym nie wiedziała, że Richard B. Wright jest mężczyzną to naprawdę trudno byłoby mi w to uwierzyć. Postać Klary, jest tak bardzo, zwłaszcza w sferze emocji, kobieca, że aż niemożliwe wydaje się, żeby mógł to pisać mężczyzna. Zresztą, w tej książce dominują kobiety, one są sprawczyniami wielu zdarzeń i wokół nich tworzy się cała historia. Mężczyźni nie są tu przedstawieniu w pozytywnym świetle, oj nie. Są bufonami, notorycznymi kłamcami, a nawet sprawcami gwałtów. Gdyby taką powieść napisała kobieta, pewnie zostałaby okrzyknięta pisarką feminizującą, ale czy pisarza można obdarzyć takim określeniem?
Muszę koniecznie przeczytać inne powieści tego autora, choć z tego co się orientuję, jak dotychczas, tylko "Klara Callan" została przetłumaczona na język polski.
Nie muszę chyba dodawać, że polecam tę książkę bardzo gorąco.

piątek, 1 lipca 2011

"Martwe jezioro" - Olga Rudnicka

Powiem tak: sama się sobie dziwię, ale podobała mi się powieść Olgi Rudnickiej "Martwe jezioro". Powodem mojego zdziwienia nie jest jakość książki, a raczej fakt, że na początku kompletnie mi nie leżała. Nie podobała mi się historia, drażniła główna bohaterka i wkurzały drętwe dialogi. Ale ...... i tu ukłon w stronę mojego psa, a właściwie suki, która tylko czekała na moją "miejscówkę" na fotelu, a ja nie miałam ochoty jej tam wpuszczać, bo za chwile i tak musiałabym ją zgonić, więc wytrwale siedziałam i czytałam. (Ufff, zdanie zawiłe, ale jakoś poszło ;)). I nagle, nawet nie wiem kiedy, książka zaczęła mnie wciągać coraz bardziej, bohaterka przestała drażnić i doczytałam ją do końca wdzięczna "rudej", że mnie do tego zmobilizowała. I tylko dialogi mogły być lepsze, choć im dalej tym było lepiej.
Historia opowiedziana w "Martwym jeziorze" jest naprawdę ciekawa. Główna bohaterka - Beata, postanawia wynająć prywatnego detektywa, żeby dowiedzieć się czy jej rodzice są faktycznie jej rodzicami. Ma powody przypuszczać, że ojciec nie jest jej biologicznym ojcem, ponieważ nie zgadzają się grupy krwi. Podejrzewa, że jej matka mogła mieć romans. Nie bez znaczenia jest też fakt, że rodzice nigdy nie okazywali jej uczuć, że właściwie zerwali z nią kontakt gdy wyjechała na studia do Warszawy. I oto nagle prywatny detektyw odnajduje w Stanach jej akt zgonu i nagrobek. Kim więc jest? Skąd wzięła się w domu ludzi, których przez całe życie uważała za rodzinę?
Korzystając z okazji, że po dwóch latach milczenia, młodsza siostra przysłała jej zaproszenie na ślub, postanawia pojechać do domu i dowiedzieć się prawdy. Jej zwariowana przyjaciółka niemalże zmusza ją, żeby na uroczystość pojechała z jej bratem - Jackiem. Chłopak jedzie z nią i aż się chce powiedzieć "dzięki Bogu", bo bez niego byłoby z Beatą krucho.
Ciekawa byłam jak autorka wybrnie z całej tej pogmatwanej intrygi. Okazało się, że poradziła sobie całkiem nieźle i inteligentnie. Większość tajemnic została wyjaśniona, źli ukarani, a dobrzy docenieni. Piszę tak enigmatycznie ponieważ nie chcę zdradzać fabuły. Jeśli ktoś ma ochotę na przyjemną i lekką lekturę z dreszczykiem to zachęcam do sięgnięcia po "Martwe jezioro". To książka na jeden, góra dwa wieczory, a jeśli komuś spodoba się ta historia to może przeczytać drugą część pt. "Czy ten rudy kot to pies?" Ja przynajmniej mam taki zamiar.


 

niedziela, 26 czerwca 2011

"Piaskowa góra" - Joanna Bator

Początek lat 70. poprzedniego wieku. Jadzia Maślak przyjeżdża do Wałbrzycha z wioski pod Skierniewicami i prosto z oblodzonych schodów dworca wpada w ramiona nadgórnika Stefana Chmury, syna przesiedleńców ze Wschodu. Od tej chwili jej życie toczy się na tle wałbrzyskiego krajobrazu. Dziewczyna idzie ze Stefanem do ołtarza ubrana w suknię z poniemieckiej firany. Wprowadza się do bloku na Piaskowej Górze, gdzie zawsze wieje wiatr. W końcu rodzi bliźniaczki: jedną martwą, drugą żywą, Dominikę – niepodobną do nikogo z rodziny. Historie opowiadane przez Bator zaczynają się i kończą w różnych czasach i miejscach, lecz wszystkie zbiegają się na Babelu, jak miejscowi nazywają największy dom na Piaskowej Górze. Babcie Halina i Zofia, matka Jadzia i córka Dominika, cztery kobiety, a między nimi kolejni mężczyźni. Grzeszne romanse, nieoczywiste pokrewieństwa i pęknięte tożsamości. Historia kilkudziesięciu lat. Powieść Bator imponuje celnością obserwacji i epickim rozmachem. Widok na Polskę z Piaskowej Góry to spojrzenie w samo sedno tego, kim jesteśmy.
Jeździłam z "Piaskową górą" na uszach (słuchałam audiobooka) do pracy i z pracy przez ponad 2 tygodnie. Wciągnęłam się w tę książkę niesamowicie i podobała mi się bardzo (pomimo ogromnej ilości wątków, w których czasami można się pogubić, zwłaszcza gdy się słucha a nie czyta). Ale też uwierała jak diabli, momentami potwornie. Pewnie dlatego, że to nasza historia,z której ja trochę pamiętam. Jestem młodsza od książkowej Dominiki, ale Niewolnicę Isaurę pamiętam "jak przez mgłę" i kryształy na regałach i pierwsze szampony Palmolive również. Na szczęście nie pamiętam zbyt dobrze tzw. "ducha epoki" (znam go bardziej z opowiadań), ale mam świadomość że Joannie Bator udało się oddać go z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie znajdziemy tu ckliwego sentymentalizmu i wspomnień "jak to za Gierka dobrze było". Znajdziemy natomiast ludzki trud, więcej problemów niż radości i wiele przywar, takich jak: zawiść, prostactwo, zaściankowość, konserwatyzm myśli i niechęć do wszelkiej inności. Ludzie pozbawieni swojej tożsamości, przesiedlani z jednej części kraju do drugiej, uczyli się żyć w tej nowej rzeczywistości. Odarci z przeszłości starali się żyć tak jak sąsiedzi czy znajomi z pracy. Mieć wspomniane już kryształy na regałach, półko-tapczan i jakieś towary z "enerefu", a już najlepiej zięcia. Mężczyzna pracował, a po pracy albo szedł na piwo z kolegami, albo leżał przed telewizorem. Kobiety królowały w kuchni, a życie upływało im na pracy, staniu w kolejkach, użeraniu się z mężem - pijakiem i opieką nad dzieckiem, bo przecież facet się dziecka nie tykał. W swoim towarzystwie przechwalały się czyj mąż jest bardziej nieporadny w kuchni, jakby ten fakt miał podnieść ich samoocenę. Nie było w ich życiu czasu na własne przyjemności (co najwyżej na takie same jak miała sąsiadka z góry), ani na kawkę z przyjaciółką. I żeby nikomu nie przyszło do głowy wyglądać albo żyć inaczej, bo co też ludzie powiedzą. Ot, palcami wytykać będą. Ale za normalne uznawano to, że komuś pies zamarzł w budzie albo mąż pobił żonę, bo znowu "zaciążyła" a to przecież jej wina. Ciężkie to były czasy i cieszę się, że urodziłam się bliżej ich końca niż początku i chyba należę do tego pokolenia, które nie żyje już z piętnem epoki.
Na szczęście "Piaskowa góra" to nie tylko kronika epoki, choć mamy tu mnóstwo rzeczywistych wydarzeń, takich jak wybór Papieża - Polaka, wprowadzenie stanu wojennego, wybuch w Czarnobylu. Jest tu też historia pewnej wałbrzyskiej rodziny, która w tych czasach musi żyć.
Jadzia Maślak, która nigdy nie trafiła pod dach wuja pieczarkarza, tylko wyszła za Stefana Chmurę. Stefan jest górnikiem i choć początkowo wydaje się, że kariera stoi przed nim otworem to z rzeczywistość okazuje się już mniej różowa. Stefan, choć poklepywany po plecach przez kolegów i uważany za "swojego chłopa" z czasem zaczyna zostawać w tyle. Inni awansują, dostają talony na malucha, a on ze skłonnością do alkoholu stoi w miejscu.
Dominika - córka Jadzi i Stefana, która jest na językach sąsiadów, bo nie podobna ani do ojca, ani do matki, a na dodatek jest świetna z matematyki. Po kim ona to ma?
Babcia - Kolomotywa, wychowująca Dominikę przez kilka lat, a potem nagle zepchnięta na tzw. boczny tor. Druga babcia, która w czasie wojny ukrywała w swoim domu Żyda Ignacego.
Z całej rodziny tylko Dominika ma szansę na inne, lepsze życie. Czy wykorzysta tę szansę? Jak potoczą się jej losy?
Przeczytajcie tę książkę bo naprawdę warto. Choćby tylko po to, żeby uświadomić sobie, że żyjemy w lepszych czasach niż nasi rodzice i dziadkowie.
Polecam gorąco, a sama idę szukać "Chmurdalii" kontynuacji "Piaskowej góry" :).

niedziela, 19 czerwca 2011

"Lekcje włoskiego" - Peter Pezzelli

Jeśli macie ochotę na przyjemną lekturę, taką którą można czytać w południe na balkonie albo tarasie popijając wodę z cytryną i uśmiechać się do siebie to polecam "Lekcje włoskiego" Petera Pezzelli. Już dawno nie czytałam książki, która sprawiłaby mi tak dużo przyjemności, która zachęciłaby mnie do udania się do kuchni i przyrządzenia najprostszego makaronu z czosnkiem, pomidorami i bazylią, i która kazałaby zweryfikować plany wakacyjne (choć niestety nie te najbliższe). Na okładce można przeczytać takie zdanie: "Niektóre książki przenoszą nas w miejsca, w których zawsze chcieliśmy się znaleźć - na przykład na spokojną włoską prowincję, na zielone łąki, na lśniące w słońcu szczyty gór....... Oto jedna z takich książek." I jest to prawda :)
"Lekcje włoskiego" to opowieść o dwóch mężczyznach. Pierwszy to Carter Quinn, który bardzo chce nauczyć się włoskiego by wyjechać w Włoch w poszukiwaniu dziewczyny o imieniu Elena. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia i nie może zapomnieć, mimo że ona po zakończeniu semestru wróciła do domu we Włoszech. Drugi, Giancarlo Rosa to nauczyciel muzyki, z pochodzenia Włoch, który czasami dorabia sobie korepetycjami z języka ojczystego. Mimo, że nauczyciel jest człowiekiem zamkniętym w sobie i strzegącym pilnie swego sekretu, między mężczyznami nawiązuje się nić porozumienia. Tym bardziej, że Carter jest nad wyraz pilnym i czyniącym niebywałe postępy uczniem. Podczas ostatniej lekcji Professore prosi ucznia o przysługę - chce żeby ten udał się do jego rodzinnego miasteczka i oddał jego bratu stary zegarek.
"Lekcje włoskiego" to jednak przede wszystkim opowieść o przyjaźni, więzach rodzinnych, trudnych i nie zawsze właściwych wyborach i o włoskiej prowincji, jedzeniu i aromatycznej, mocnej kawie :-).
Czy Carter odda zegarek, czy odnajdzie Elenę? Czy Giancarlo wyjawi swój sekret? Odpowiedzi znajdziecie w powieści. I nie wahajcie się długo, bo powieść Petera Pezzelli to idealna pozycja na wakacje, której ja z pełnym przekonaniem daję 5 gwiazdek :)).


czwartek, 16 czerwca 2011

"Zbieg okoliczności" - Joanna Chmielewska

Zawsze gdy wyjeżdżam na działkę nad jeziorem zabieram ze sobą kilka książek, a wśród nich musi być choć jedna pozycja Joanny Chmielewskiej. Leżę sobie potem na leżaku, popijam zimne piwo, w sezonie bobowym zagryzam bobem i czytam Chmielewską (gdzie i piwa i bobu też nie brakuje). Tym razem czytałam jedną ze starszych książek "Zbieg okoliczności" (1993 r.), którą to chyba śmiało można zaliczyć do tych najbardziej udanych i zwariowanych kryminałów tejże autorki.
Mamy oczywiście morderstwo i jedną podejrzaną facetkę. Kilkanaście stron dalej mamy już dwie podejrzane facetki [uwielbiam to słowo ;)] dla odróżnienia nazywające się ........... tak samo. Jedna i druga to Joanna Chmielewska, z tym że jedna jest teściową drugiej. Jest też fajny policjant, pojawiająca się w wielu książkach Alicja, jest szajka złodziei i kilka innych ciekawych postaci.
Akcja, a przynajmniej jej początek, przedstawia się następująco. Policjant Tadeusz Jarzębski udaje się na umówione spotkanie z pewnym Mikołajem, który ma mu wyjawić kto fałszuje studolarówki. Na miejscu okazuje się, że Mikołaj nie żyje, a ostatnią osobą widzianą (przez wścibską sąsiadkę) jest pewna blondyna, która wyglądała "jak wydra, wypłosz taki, łeb rozczochrany". Owa blondyna zabrała z domu Mikołaja jakąś torbę i udała się z nią na Dworzec Centralny z zamiarem pozostawienia jej w skrytce. Niestety skrytki na Dworcu były nieczynne, a na dodatek, na skutek pomyłki blondyna weszła w posiadanie innej torby niż ta, którą miała wcześniej. Niestety podczas przejmowania torby musiała użyć przemocy, a to nie spotkało się z aprobatą posiadacza. No więc uciekła, wskoczyła do pierwszego lepszego autobusu a tam...
"— Cześć, kochana! — powiedział ktoś za mną. — Nie jestem pewna, ale możliwe, że z nieba mi spadasz!
Obejrzałam się. Za mną stała moja była teściowa, matka mojego drugiego męża. Lubiłam ją. Lubiłam, to za mało powiedziane, przez nią w ogóle wyszłam za niego.
— Cześć! — ucieszyłam się. — Możliwe, że to ty mi z nieba spadasz! Co się stało, że jedziesz autobusem?
— Słuchaj — powiedziała teściowa gorączkowo, nie zwracając uwagi na moje słowa. — Masz chwilę czasu? Powiedzmy, do jutra?
Nie byłam pewna, czy to, co mam, można określić chwilą czasu, ale ona i tak nie czekała na odpowiedź.
— Leć za mnie do Kopenhagi! — zażądała, przyciszając głos. — Samolot jest za pół godziny. Masz przy sobie paszport? — zaniepokoiła się nagle.
Zgłupiałam do tego stopnia, że wyjęłam kosmetyczkę z kieszeni i sprawdziłam. Miałam.
— No widzisz! — powiedziała z ulgą. — A ja nie. Zostawiłam cały portfel i to nie w domu, a u jednej facetki, która, nie ma telefonu i właśnie wyjechała do jakiegoś zadupia. Dlatego nie mam także pieniędzy na taksówkę i tym autobusem jadę na gapę. Bilet na samolot mam, ponieważ odebrałam go wcześniej i właśnie kiedy teraz chciałam go schować, stwierdziłam brak portfela. Wiem, że wyjmowałam go z torby u niej, dzisiaj po południu. Więc leć ty. Nazywamy się jednakowo, nie trzeba nawet nic zmieniać.
Zrobiło mi się gorąco. Błyskawicznie pomyślałam, że ona ma rację. Noszę nazwisko po jej synu, a na imię mam tak samo jak ona. Daty urodzenia i nazwiska panieńskiego nikt na bilecie lotniczym nie umieszcza. Jeśli jeszcze mam przy sobie pieniądze…
Sprawdziłam pośpiesznie. Plastikowe okładki z małym kartonikiem w środku tkwiły w kosmetyczce. Dużo tam tego nie było, ale przy odrobinie uporu na tydzień mogło wystarczyć, a filia den Danske Bank znajduje się na Kastrupie… Dla mnie zaś było to wyjście wręcz znakomite! [....]
— Zaraz, nazwisko nazwiskiem, ale po co ty tam w ogóle lecisz? I, czekaj, chwileczkę, dlaczego jedziesz na lotnisko, skoro nie masz paszportu?! Przecież cud nie nastąpi…?!
— A otóż właśnie tak! — odparta teściowa z triumfem. —Szczerze mówiąc, jechałam, licząc na cud, i proszę bardzo, jest cud! Bez cudu, pomyślałam, że uda mi się wtrynić te rzeczy stewardesie, kapitanowi, w ogóle załodze, a Kajtuś tam odbierze albo co, ale zastąpienie mnie przez ciebie podoba mi się bardziej.
— Mogę tam za ciebie załatwić…?
— Oczywiście! Wiozę do Alicji grafiki Kajtusia. On tam jest, robi małą wystawkę, oprawiali mu tu, spóźnili się i obiecałam, że przywiozę, bo i tak zamierzałam pojechać, tyle że za tydzień. No więc ty zawieziesz, żadna różnica. Pieniądze ci zwrócę, a przenocujesz u Alicji."
I tym sposobem główna podejrzana poleciała do Kopenhagi, co bynajmniej nie poprawiło jej wizerunku w oczach policji. Oczywiście w całą intrygę wmieszała się Joanna Chmielewska teściowa i pisarka i powstało potworne zamieszanie z policją, fałszerzami banknotów i obiema Chmielewskimi w roli głównej.

Cóż mogę powiedzieć, na pewno nie jest to książka do czytania na ulicy albo w autobusie - no chyba, że ktoś lubi jak ludzie na niego dziwnie patrzą. Momentami śmiałam się tak, że aż mi tchu brakowało. Momentami też gubiłam się w intrydze, ale i tak wpisuję tę książkę na listę moich ulubionych kryminałów Joanny Chmielewskiej. Prześmieszna i totalnie resetująca książka :)

sobota, 4 czerwca 2011

poniedziałek, 30 maja 2011

"Pani wyrocznia" - Margaret Atwood

Kilka lat temu próbowałam bliżej zapoznać się z Margaret Atwood, ale wtedy jakoś jej pisarstwo mi nie zaimponowało. Już nawet nie pamiętam czy próbowałam czytać "Dobre kości" czy "Kocie oko", a może obie? W każdym razie nie dobrnęłam nawet do połowy. W tym roku postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę, zwłaszcza że na bibliotecznej półce znalazłam "Panią wyrocznię".
Atwood jest pisarką feminizującą, więc nie zdziwiły mnie portrety mężczyzn w "Pani wyroczni". Ojciec, który żył cichutko w cieniu swojej żony, a po jej śmierci powie "Może mi nie uwierzysz, ale ja naprawdę kochałem twoją matkę", Artur - działacz lewicowym, zmieniającym co jakiś czas obiekt swoich protestów i angażującym się w nowe projekty bez większego skutku czy Jeżozwierz Królewski - poeta i artysta wystawiający przerażające eksponaty zabitych zwierząt. Wszyscy oni są słabsi, w pewnym sensie zależni od kobiet, zagubieni i nieporadni lub skoncentrowani tylko na sobie i nie mogą stanowić oparcia. "Według mnie większość kobiet popełniała zasadniczy błąd: oczekiwały, że mąż je zrozumie. Traciły wiele cennego czasu na to, żeby tłumaczyć, uprzystępniając swoje uczucia i reakcje, miłość i złość, czułe punkty, życzenia czy wady, jakby samo opowiadanie o tych sprawach mogło przynieść pożądane skutki." To główna bohaterka prowadzi podwójne życie, ma sekrety i ogólnie "daje radę" choć jej mąż nią pogardza i wstydzi się jej przed nowymi znajomymi. Joan ma wiele sekretów. Nie przyznaje się, że w dzieciństwie była grubaską (to wspomnienie prześladuje ją także w dorosłym życiu), że pod pseudonimem Louize Delacourt pisze powieści grozy.
"Pani wyrocznia" to jedna z pierwszych powieści tej znanej i poczytnej pisarki kanadyjskiej i to się niestety czuje. Książka nie porywa, choć mimo wszystko ma wiele zalet i warta jest przeczytania. Podobała mi się jej pierwsza część, która opowiada o dzieciństwie Joan, o matce która jej nie akceptowała, o nieudanej próbie zostania baletnicą (scena z tańczącą "kulką naftaliny" była bombowa!!) i skautką. Dla Joan, żyjącej w ciągłym konflikcie z matką, najbliższą osobą staje się ciotka Lou. Razem chodzą do kina, a potem także na seanse spirytystyczne. Niestety ciotka nagle umiera, a matka atakuje ją z nożem w ręku. Joan wyjeżdża do Anglii gdzie zaczyna wieść dorosłe życie. Poznaje Pawła (polski hrabia) i korzystając z jego pomysłu zaczyna pisać powieści grozy. Paweł pisuje romanse z pielęgniarką w roli głównej, z których dochód pozwoli mu sprowadzić matkę do Anglii. Później Joan spotyka Artura, wraca do Kanady. W pewnym momencie jej życie zaczyna przypominać rollercaster. Wszystkie sekrety i tajemnice nawarstwiły się do tego stopnia, że Joan nie widzi innego wyjścia jak tylko sfingować swoją śmierć i uciec. To dorosłe życie głównej bohaterki mniej mi się podobało. Zbyt dużo chaosu, ukrytych lęków i niezdecydowania sprawiły, że lektura nie była już taka przyjemna. No i rozczarowało mnie zakończenie. Szczerze mówiąc oczekiwałam "WIELKIEGO BUM", a wyszło jakoś tak nijako, zwłaszcza w kontekście całej fabuły. Ale nie skreślam Margaret Atwood i w przyszłości mam zamiar przeczytać jakąś bardziej docenioną jej powieść i przekonać się czy mi po drodze z tą pisarką, czy też nie.
A "Pani wyroczni" daję:

poniedziałek, 23 maja 2011

"Żona godna zaufania" - Robert Goolrick

Robert Goolrick jest autorem zupełnie mi nie znanym. Jego nazwisko nigdy nie obiło mi się nawet o uszy, a mimo to pozwoliłam się skusić pięknej okładce, z fragmentem purpurowej sukni. Wypożyczyłam tę książkę z biblioteki i nie żałuję, choć na własny egzemplarz szkoda byłoby mi pieniędzy. Historia rozgrywa się na początku XX wieku, w scenerii zimowego, mroźnego Wisconsin. Ralph Triutt czeka na dworcu, na spóźniający się pociąg, którym przyjechać Catherine Land, jego przyszła żona. Zna ją tylko z fotografii i listów, które do niego pisała. W końcu przyjeżdża, ale nie jest to kobieta ze zdjęcia. Ralph czuje się oszukany, ale postanawia zabrać dziewczynę do domu i tam się zastanowić się co dalej. Jest najbogatszym człowiekiem w okolicy i wie, że każdy jego ruch jest obserwowany i komentowany, więc pojawienie się tej kobiety wywołało niemałą sensację, tym bardziej, że od dwudziestu lat jest sam. Jego żona i córka nie żyją, a syn uciekł dawno temu. W drodze do domu konie się płoszą, Truitt ulega wypadkowi i tylko opanowaniu dziewczyny zawdzięcza życie. Jasnym jest, że w końcu pobierają się, a Truitt prosi Catherine żeby pojechała do Saint Louis, odnalazła jego dorosłego syna i przywiozła go domu. Syn (o ile w ogóle jest jego synem) nie chce znać Ralpha, uważa go za brutala i okrutnika, winnego śmierci matki. Catherine wyjeżdża ... i tu się dopiero zaczyna. Prywatni detektywi, zdrady, arszenik i inne atrakcje. Jednym słowem całkiem interesująca, trzymająca w napięciu powieść. Momentami przewidywalna, momentami naiwna, ale bardzo umiliła mi czas spędzony w korkach, które ostatnio są makabryczne długie.
I jeszcze słów kilka o warstwie estetycznej książki. Otóż, uwielbiam tak wydane pięknie wydane książki. W twardej, eleganckiej okładce, na lekko pożółkłym papierze, z ładnym drukiem, szerokimi marginesami i delikatnymi dekorami przy numerach stron. Niby drobnostki, a sprawiają, że taką książkę czyta się po prostu przyjemniej.
Wydawnictwo "Nasza Księgarnia" zasłużyło na 5 z plusem :)

wtorek, 3 maja 2011

"Handlarze czasem" - Tomasz Jachimek

Całkiem niedawno miałam do wykonania pewną pracę, która wymagała czasu i rąk, ale nie zaprzątała myśli. Włączyłam więc audiobooka i czas upłynął mi nie tylko pracowicie, ale i bardzo przyjemnie. Tym przyjemniej, że zdecydowałam się posłuchać debiutu Tomasza Jachimka "Handlarze czasem". Zastanawiałam się potem czy książka podobałaby mi się tak samo gdybym ją czytała. Pewnie tak. ale wersja audio ma tę dużą zaletę, że jest czytana przez autora. Większość z Was na pewno kojarzy jego charakterystyczny głos i sposób mówienia, który do fabuły powieści pasuje jak ulał. Książka jest bowiem prześmieszną (naprawdę momentami musiałam przerywać pracę) i absurdalną (ale nie głupią) historią o rozkręcaniu tzw. "small-biznesu", o polskich przywarach i wzorcach osobowościowych spotykanych codziennie.
Bohaterami jest pewna na pozór typowa rodzina. Babka Wiktora (mistrzyni gry w domino), mama Grażyna, tata Piotr, 6 - letnie bliźnięta: Hania i Michaś oraz wuj Franciszek. Ten ostatni jest postacią absolutnie wiodącą. W każdą niedzielę "uszczęśliwia" rodzinę quizami, których jest autorem, autorytarnym jurorem, a tym samym jedynym zwycięzcą. I choćby nie wiadomo jak bardzo się gniewał na resztę rodziny (bo wuj nie znosi sprzeciwu i każde podważenie jego mądrości i zasług kończy się "fochem") w niedzielę w okolicach obiadu zapomina o urazach i siada ze wszystkimi do konsumpcji by następnie ograć ich w rodzinnym quizie. Drugą pasją wuja są wynalazki (proszek, który należy wrzucić do gotujących się jajek aby ocenić stan ich twardości, ułatwiacz w poszukiwaniu kluczy i inne, w większości nieużyteczne) jednak dopiero wynalazek maszyny do sprzedawania i kupowania czasu dokonuje przełomu. Owe pieniądze, którymi rzekomo rodzina będzie mogła sobie lufciki uszczelniać nagle stają się bardzo realne. Wystarczy bowiem uiścić stosowną opłatę, wejść do maszyny i już można mieć godzinę, pięć lub nawet dobę więcej lub mniej. No bo na przykład emeryt może sprzedać nadwyżki czasu pracownikowi korporacji, któremu marzy się praca po 48 godzin na dobę. Niestety szybko okazało się, że wynalazek ma pewną wadę. Od teraz dla każdego doba znaczyła coś innego. Gdy dla jednego kończył się akurat wtorek, dla kogoś innego zaczynał się właśnie weekend. Niemożliwością okazywało się umówienie do dentysty czy kupienie biletu na właściwy pociąg.   
Motyw sprzedaży czasu, choć główny, nie jest jedyny w tej książce. Mnóstwo jest zabawnych dygresji, historyjek i prezentacji każdemu dobrze znanych typów ludzkich jak zawistni sąsiedzi, dobro-doradzacze czy lokalni gangsterzy.
Zadzwiające, że książka, która ma stanowić świetną rozrywkę i jest satyrą na współczesne stosunki międzyludzkie jest jednocześnie mądra i skłaniająca do refleksji.Tak więc polecam  "Handlarzy czasem" każdemu kto ma ochotę na przezabawną i absurdalną historyjkę, napisaną naprawdę dobrym językiem, a jednocześnie w lekturze szuka jakiegoś przesłania. Ta książka ma to wszystko.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...