
Jest więc Claire, która na co dzień zajmuje się domem, mężem i wychowaniem małych dzieci. Gdy stoi w kuchni Lillian czuje się dziwnie, bo ludzie nie patrzą na nią jak na matkę i żonę, tylko na nią samą, jako kobietę. A ona od tego odwykła, bo obraca się kręgu ludzi, dla których jest zawsze matką swoich dzieci i żoną swojego męża.
Jest Helen i Carl, starsze małżeństwo, które wydaje się być niemalże idealne, a tymczasem dowiadujemy się ich przeszłość nie była bez skazy.
Poznajemy też piękną włoszkę Antonię, która jest agentką nieruchomości i skrycie zakochanego w niej Iana. Jest też Tom, smutny młody mężczyzna, dla którego ten kurs ma być prawdziwą terapią. Chloe, młodziutką, trochę niezdarną dziewczynę, której brakuje pewności siebie i Isabelle - najstarszą uczestniczkę kursu, która czasami ma problemy z pamięcią.
I wszystko byłoby fajnie, a książka byłaby naprawdę miłą i dodającą otuchy lekturą, gdyby nie język. Zupełnie nie rozumiem, jak ktoś kto wykłada literaturę i pisarstwo na Uniwersytecie może pisać w tak grafomańskim stylu. Podejrzewam, że autorce chodziło o pokazanie jak przyjemne i w pewnym sensie zmysłowe, może być gotowanie. Ale, żeby ze zwykłego przerzucania naleśnika czy mycia twarzy robić głębokie doświadczenie duchowe no to już przesada !
Dlatego zamiast 4 gwiazdek daję 3. A szkoda, bo pomysł na książkę był ciekawy.

Pomysł interesujący, ale zawahałam się jak przeczytałam o grafomanskim stylu ksiązki... Sama nie wiem.
OdpowiedzUsuńCzytałam. Zakupiłam do swojego domowego księgozbioru. Polecam :)
OdpowiedzUsuń