niedziela, 27 kwietnia 2014

Moje "kuchenne rewolucje" :-/

Witajcie. 
Mam nadzieję, że nie zapomnieliście o mnie, mimo że przez "chwilę" panowała tu cisza. 
Już wyjaśniam powody absencji. 
W przypływie szaleństwa postanowiłam kupić meble do kuchni .... dodam, że meble do samodzielnego montażu ;). Meble składałam już wielokrotnie, więc fakt ten nie wydawał się przerażający ... i nie był... do czasu! Pierwszy problem powstał, gdy po rozpakowaniu elementów jednej z szafek okazało się, że zamówiłam nie taką o jakiej myślałam. Rozmiar się zgadzał, kolor też, ale to nie była ta szafka. Miały być kosze cargo, a były zwykłe półki. Po kilku telefonach do sklepu udało się oddać tę niewłaściwą i zamówić nową. Niestety to był dopiero początek moich "kuchennych rewolucji". Potem okazało się, że skoro nie zamówiłam uchwytów (postanowiłam kupić je osobno, ładniejsze i w lepszej cenie) to w szafkach nie wywiercono mi otworów na nie.  Następnie powstał problem ze zlewozmywakiem, a właściwie jego brakiem. Nagle odkryłam, że zlewów, w wymyślonym przeze mnie rozmiarze nikt nie produkuje. Niczym w najgorszych koszmarach, już widziałam swoją kuchnię ze zlewem wielkości dużego talerza. Na szczęście sytuacja rozwiązała się sama, bo okazało się, że nie dogadałam się ze sprzedawcą i blaty nie zostały przycięte tak jak myślałam, że będą. To sprawiło, że mogłam kupić inny zlew, przede wszystkim zdecydowanie większy, w bardziej tradycyjnym rozmiarze. Na koniec, jakby zmartwień było mało, z przerażeniem odkryliśmy, że szafka złożona w pokoju (gdzie jest więcej miejsca), żadnym sposobem nie przeciśnie się przez przedpokój. Trzeba było ją rozłożyć i w częściach wnieść do kuchni, co zajęło całe popołudnie, bo była mocno sklejona i poskręcana "na amen". 
W efekcie, remont, który miał trwać 3 dni, trwał 2 tygodnie :/ A ledwie się skończył już miałam dodatkową pracę, którą zakończyłam w Wielki Piątek i to tylko dlatego, że przez wcześniejsze dni pracowałam do nocy. W efekcie udało mi się zrobić JEDNĄ dekorację świąteczną - tę oto pisankę :/



Czy przez ten czas czytałam książki? Ależ oczywiście! ;) Jakieś 2-3 strony tuż przed zaśnięciem. Dzięki temu jestem bliska pobicia niechlubnego rekordu przeczytania dwóch książek w miesiącu. Cóż zrobić gdy doba okazuje się zbyt krótka, a bałagan w całym mieszkaniu totalnie uniemożliwia spokojną lekturę. Naprawdę nie wiem jak niektórzy mogą funkcjonować w bałaganie, pośród porozrzucanych ubrań i rzeczy powyciąganych z szaf i szafek. Ja nie mogę. Wiedziałam to już dawno, bo remoncie kuchni wiem to jeszcze bardziej.

Tak więc dopiero teraz wracam do normalnego, posprzątanego życia i zaczynam czytać. 
Wkrótce będziecie mogli przeczytać recenzję świetnych "Włoskich butów" H. Mankella, a następnie "Trzynastu księżyców" Ch. Fraziera. 

Pozdrawiam Was ciepło. Pa :)



wtorek, 1 kwietnia 2014

"Dom nad jeziorem smutku" - Marilynne Robinson


 
Tytuł: "Dom nad jeziorem smutku"
Autor: Marilynne Robinson
Tłumaczenie: Wojciech Fladziński
Tytuł oryginału: Housekeeping
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Data wydania: 2014
Liczba stron: 212
"Historia Ruth i jej młodszej siostry Lucille stanowi fabułę powieści. Ich wychowanie przebiega w sposób przypadkowy: najpierw trafiają pod opiekę troszczącej się o nie babci, następnie dwóch komicznie nieudolnych sióstr dziadka i wreszcie Sylvie, ekscentrycznej, nieprzystosowanej społecznie ciotki.
Ruth i Lucille mieszkają w domu rodzinnym w Fingerbone, prowincjonalnym mieście leżącym nad jeziorem, w którym – w wyniku spektakularnej katastrofy kolejowej – zginął dziadek bohaterek. Kolejną ofiarą, którą pochłonęło jezioro jest matka dziewczynek. Zjechawszy samochodem z urwiska, ginie także w otchłani wody.
Miasto, będące tłem akcji jest miejscem zarówno magicznym, jak i typowym: „zna swoje miejsce w szeregu za sprawą dominującego okolicznego krajobrazu, nieprzewidywalnej pogody i świadomości, że cała historia ludzkości rozegrała się gdzie indziej"."

Dziwna to książka. Na początku w pewien sposób rozczarowuje, a mimo to nie sposób o niej zapomnieć. Ma w sobie coś hipnotyzującego i wciągającego i sprawia, że ten niedosyt który czuje się na początku, przemija. Od przeczytania ostatniej strony minęło kilka dni, a ja z premedytacją przeciągałam moment pisania recenzji. Chciałam tę książkę trochę przetrawić, spojrzeć na nią z dystansu, ułożyć myśli. Nadal nie wiem co właściwie powinnam napisać, ale wiem, że ciągle mam ją z tyłu głowy. I choć podczas lektury wielokrotnie myślałam, że ja napisałabym to inaczej, to im dłużej myślę o tej książce, tym więcej mam wątpliwości co do moich pierwszych refleksji. Może właśnie dzięki powolnej narracji i zwrotom akcji, ta historia tak bardzo zostaje w głowie.
Myślę o Ruth, o jej dziwnym, poniekąd szczęśliwym, choć raczej tragicznym dzieciństwie ....
Pewnie wielu z Was (ja na pewno) jako dzieci wielokrotnie marzyło, że pewnego dnia rodzice nie będą nakazywali nam chodzić do szkoły, nie będą nas ganili za zbyt długie przesiadywanie na podwórku i w ogóle będziemy mogli robić co tylko będziemy chcieli. Któż z nas nie miał takich marzeń. Ruth i jej siostrze przydarzyło się mieć takie życie. I gdy ono trwa uświadamiamy sobie jak jest tragiczne i porażające. Dziewczynki wychowywane przez ciotkę o naturze włóczęgi i zbieracza w jednym (nie wiem co gorsze), pomimo braku ograniczeń nie mają łatwego dzieciństwa. Muszą  nauczyć się ignorować podejrzliwe spojrzenia sąsiadów, kpiny kolegów ze szkoły, dowiadują się też, że "państwo interesuje się dobrem dzieci" i ich styl życia nie jest powszechnie akceptowany. W pewnym momencie muszą podjąć decyzje dotyczące swojej teraźniejszości i przyszłości. Co wybiorą? Odpowiedź oczywiście znajdziecie w książce :)

Tej książki nie da się czytać w pośpiechu, przy głośnej muzyce i gadających domownikach. Wymaga ona ciszy i skupienia by móc poczuć jej rytm i melodię i docenić nietuzinkowy styl autorki. Niestety tę prawidłowość odkryłam dopiero około setnej strony ;) Myślę też, że jest to idealna książka do głośnego czytania, zwłaszcza że napisana jest w pierwszej osobie i ma dosyć wolne tempo, typowe dla opowieści snutych np. przy kominku.
Jeśli lubicie nietypowe historie i książki, które zmuszają do refleksji to sięgnijcie po "Dom nad jeziorem smutku", a nie poczujecie się zawiedzeni.

4+/6 


 Z możliwość przeczytania tej książki dziękuję Wydawnictwu M.


poniedziałek, 10 marca 2014

Zawrocie zawróciło mi w głowie


"Tego lata w Zawrociu"
Matylda Malinowska-Just dostaje, w spadku po babce, dom w Zawrociu. Stary, piękny, malowniczo położony, z ogrodem i sadem. Babki właściwie nie znała, ponieważ jej matka zerwała kontakt z rodziną. Sytuacja jest zdumiewająca, bo babka miała jeszcze inne wnuki - Pawła i Emilkę, którzy mieszkali niedaleko i byli u niej częstymi gośćmi. No, ale babka Aleksandra nigdy nie była miłą i pokorną osobą. Miała swoje zdanie, silną wolę i pewną zadziorność. I postanowiła przekazać dom nieznanej wnuczce.Jak łatwo można się domyślić, ta sytuacja nie spotkała się z aprobatą pozostałej części rodziny, która już niemalże dzieliła przysłowiową skórę na niedźwiedziu.
Brzmi znajomo???
Na pozór tak, ale zapewniam Was, że seria o Zawrociu ma się nijak do współczesnych powiastek, w stylu wyjechała na prowincję, znalazła cudownych przyjaciół i z pracownika korporacji zamieniła się we właścicielkę pensjonatu, tudzież hodowcę ziół. Nic z tych rzeczy.
Hanna Kowalewska to zupełnie inna liga, wręcz ekstraklasa, Plus Liga i Liga Mistrzów w jednym.
Jej książki nie są ani lekkie, ani błahe, ani naiwne. Historia Matyldy częściej przypomina dramat niż cukierkową powiastkę. Dziewczyna, pomimo młodego wieku (około trzydziestki) przeżyła już śmierć ojca, następnie męża, nigdy nie była akceptowana przez drugiego męża swojej matki i przyrodnią siostrę. Nauczyła więc radzić sobie sama i wydaje się być dosyć twardą i bezkompromisową osobą. Początkowe zaskoczenie z powodu spadku i niechęć do babki, przeradza się w ciekawość. Zwłaszcza, że przeglądając rzeczy pozostawione przez dziadków odkrywa ich pamiętnik. Lektura wspomnień dziadka Maurycego i babki Aleksandry sprawia, że Matylda zaczyna inaczej patrzeć na tę część rodziny. A Zawrocie nabiera nowego wymiaru - staje się domem. I już wiadomo, że główna bohaterka nigdy go nie sprzeda. Nie będzie potrafiła.

W "Górze śpiących węży" Matylda próbuje dowiedzieć się czegoś o swoim ojcu, który zginął gdy ona była małą dziewczynką. Niewiele ma wspomnień z nim związanych, są to raczej pojedyncze obrazy niż konkretne sytuacje, ale czuje, że był on jej szczególnie bliski. Matka nie chce jej pomóc. Ułożyła sobie życie na nowo i nie chce wracać do przeszłości. Niespodziewanie Matylda odkrywa, że w czasie wojny ojciec trafił do sierocińca i wraz z dziewiątką innych, osieroconych dzieci dostał się pod opiekę Lucyny Malinowskiej. Większość z tych dzieci nie pamiętała nawet swoich imion, więc otrzymywały nowe, na kolejne litery alfabetu. W ten sposób powstała rodzina Malinowskich. Okazało się też, że pomimo braku więzów krwi, dzieci połączyła braterska miłość i ciągle mają ze sobą kontakt. A to nie koniec niespodzianek.

"Maska Arlekina" to najcięższa jak dotąd część. I nie chodzi bynajmniej o to, że ma słabą czy nudną fabułę, ale o ładunek złych emocji, który sprawił, że momentami trudno mi się ją czytało. Mnóstwo tu jadu, pretensji, żalów i oskarżeń. Pewnego dnia pojawia się Olga - dawna znajoma Matyldy, bliska przyjaciółka jej nieżyjącego męża Filipa. Okupuje warszawskie mieszkanie głównej bohaterki, wypija litry alkoholu, przestawia meble, organizuje imprezy i bawi się jej uczuciami. Matylda musi stawić jej czoło i nie dać sobie wmówić, że jest jedyną osobą ponoszącą winę za śmierć Filipa.

Jak już wcześniej napisałam Hanna Kowalewska to prawdziwa perełka. U niej każde zdanie jest przemyślane i wypracowane. Kiedy trzeba jej język jest zwięzły i lakoniczny, ale zazwyczaj poetycki i malowniczy. W efekcie jej proza pięknie brzmi i jest prawdziwą ucztą literacką. Jeśli dotąd nie trafiliście na serię o Zawrociu lub inne jej książki i jeśli cenicie piękno i precyzję języka koniecznie po nie sięgnijcie. Z pewnością nie będziecie zawiedzeni.
Zwłaszcza, że język to nie jedyny atut tego cyklu. Autorka doskonale dawkuje wiedzę o głównej bohaterce, powoli odkrywa przed czytelnikami tajemnice i sprawia, że ciągle chce się czytać dalej i dalej.
Dodatkowym argumentem niech będzie to, że gdy tylko wspominałam o tej serii kilka czytających koleżanek mówiło - "Znam i tak bardzo lubię, że mam cały cykl w domu" albo "Znam i marzę, żeby mieć całe Zawrocie na półce".

No cóż, Zawrocie zawróciło mi w głowie i cieszę się ogromnie, że przede mną jeszcze dwa tomy. Już nie mogę się doczekać kiedy znowu powrócę do tego niezbyt przyjaznego, ale jakże wciągającego świata Matyldy Malinowskiej-Just.

5+/6

 

czwartek, 27 lutego 2014

Share Week 2014

Już kiedyś pisałam, że blogi książkowe nie są jedynymi, które namiętnie czytam. Lubię też blogi dekoratorskie, lifestylowe, poradnikowe. Czasami temat jest mniej ważny, ważniejsze żeby autor pisał mądrze i zajmująco, a wygląd bloga był przyjazny i estetyczny. Choć jeśli mam wybierać - wolę żeby blog był brzydszy, ale mądry, niż odwrotnie. Stąd na mojej liście także strony, które nie do końca przejmują się estetyką i najnowszymi trendami w wyglądzie. Są za to bezkonkurencyjne jeśli chodzi o treść.
Kiedy więc na jednym z moich ulubionych blogów - Jest kultura (jeśli do tej pory nie znaliście tego bloga, gorąco polecam - jest świetny!!!) przeczytałam o autorskiej akcji Andrzeja Tucholskiego Share Week zaczęłam gorączkowo robić ranking ulubionych blogów. Andrzej sugeruje, żeby wybrać trzy naszym zdaniem najlepsze blogi/vlogi (może być więcej).


Nie ma takiej opcji, żeby wybrała tylko trzech blogerów. Z piątką może być trudno, ale przy odrobinie zdyscyplinowania dam radę.

Tak więc do roboty:
1. http://styledigger.com/  - Joanny Glogazy. Autorka podejmuje przeróżne tematy, ale zawsze pisze interesująco i mądrze. Ponadto wyszukuje dla swoich czytelników ciekawe linki i robi z nich zbiorcze wpisy pod nazwą Hatifnaty. Uwielbiam!!



2. http://designyourlife.pl/
Alina, autorka bloga ma w sobie coś tak szczerego i miłego, że zawsze z przyjemnością zaglądam do jej świata. Całkiem niedawno zmieniła szatę graficzną i układ strony, więc poruszanie się po jej blogu jest jeszcze przyjemniejsze. Plus doskonałe pomysły i DIY!!
Blog Dagmary jest jednym z przyjemniejszych miejsc w sieci. Piękne zdjęcia, świetne pomysły dekoratorskie. Szkoda, że wpisy ukazują się niezbyt często, ale zawsze czekam na nie z niecierpliwością.
Marta jest kopalnią wiedzy na temat życia w zgodzie z naturą, bez chemii i bez wydawania majątku na produkty tzw. ekologiczne. Często pisze też o wychowywaniu dzieci, problemach społecznych, zwierzętach. Bardzo mądry i zmuszający do przemyśleń blog. A jeśli chodzi o szatę graficzną to .... hmmmm..... są pewne rezerwy ;)




I na miejscu 5. ex aequo, gdyż oba blogi bardzo lubię i bardzo chciałam, żeby znalazły się w tym spisie.
5a.  http://miastoksiazek.blox.pl/html
Paulina jest blogerką, którą czytam nieprzerwanie od 2007 roku. Jej gust czytelniczy często pokrywa się z moim i to dzięki niej odkryłam mnóstwo wspaniałych książek. Istna skarbnica literackiej wiedzy, zwłaszcza jeśli dotyczy to literatury angielskiej.  


i
5b. http://direwolf.pl/
Blog Waldka odkryłam niedawno, ale czytam każdy jego wpis i nigdy nie wiem czego się spodziewać. Czasami pięknie pisze o swojej rodzinie i psach, innym razem zabawnie traktuje o kwestiach społecznych czy kulturowych. Plus świetne zdjęcia.


Może Wy też weźmiecie udział w Share Week i podzielicie się linkami do swoich ulubionych blogów? 

Pozdrowienia :))



niedziela, 23 lutego 2014

Nie każdy powinien pisać biografie

Kiedyś, gdy byłam dużo młodsza (pewnie jeszcze w czasach licealnych) wydało mi się, że biografie czytają tylko emeryci lub bardzo mądre starsze panie z wyglądu przypominające Maję Komorowską. Nie mam pojęcia skąd wzięły się te skojarzenia, ale były żywe w mojej głowie. Teraz, gdy coraz częściej sięgam po biografie, to wspomnienie wróciło i zastanawiam się czy naprawdę jestem już taka wiekowa czy to moje młodzieńcze postrzeganie świata było oparte na fałszywych podstawach. Najwyraźniej było, bo przecież do radosnej emerytury mam jeszcze ho ho ho ;)

Tak więc już po wstępie domyślacie się, że mam dzisiaj dla Was biografię, a właściwie dwie. Pierwsza, to "Sekretna kochanka Dickensa" Claire Tomalin, którą przeczytałam w styczniu. Natomiast druga to autobiografia pisarki, której nazwisko jest jednym z najbardziej rozpoznawanych na świecie. Mowa o Agacie Christie. 

 




















O ile w przypadku pierwszego tytułu nastawiałam się raczej na pobieżne przejrzenie książki i przeczytanie, co najwyżej, większych fragmentów, o tyle na autobiografię Christie wręcz nie mogłam się doczekać (pierwsza czytała ją moja mama).
Los bywa jednak przewrotny i szybko okazało się, że książki Tomalin nie da się czytać na wyrywki, bo jest niezwykle pasjonująca i po kilkudziesięciu stronach już nie można się oderwać. Natomiast Agatha Christie wynudziła mnie nieprawdopodobnie i to ją zaczęłam przeglądać w poszukiwaniu ciekawszych fragmentów. Na próżno. Aż trudno uwierzyć, że tak nieciekawa i właściwie nudna osoba mogła pisać tak fantastyczne, porywające powieści kryminalne. Zastanawiam się czy taka faktycznie była, czy tak siebie opisała. Tu pojechała, z tym się spotkała, to zrobiła, tej odpowiedziała i z tej zabawnej riposty obie się zaśmiewały, a tymczasem ja to czytałam i nic śmiesznego nie widziałam. Albo fragment, który zapamiętam na długo. Wybuchła II wojna światowa. Agatha z mężem (też drugim) przyjechała do domu do Londynu i co zauważa? Otóż: "Naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, spadła mina lądowa i kompletnie zburzyła trzy domy. W efekcie u nas wyleciała w powietrze piwnica - jakoby najbezpieczniejsze miejsce - wybuch uszkodził także dach i najwyższe piętro. Pierwsze piętro i parter wyszły prawie bez szwanku. Mój steinway już nigdy nie odzyskał dawnej świetności. [...] Główny problem polegał na tym, iż wówczas w Londynie miało się spore trudności z załatwieniem przechowalni." (s. 434) Przechowalnia? Naprawdę? Myślałam, że wojna jest koszmarem, bo giną ludzie. Najwyraźniej to nie jest takie straszne. Gorzej jest gdy nie ma przechowalni.
Na okładce anglojęzycznego wydania "Autobiografii" można przeczytać: "to najlepsza rzeczą, jaką Christie kiedykolwiek napisała". Czyżby?? 
Jeśli już coś mi się podobało to dystans autorki do siebie: "Byłam przystojna. Moja rodzina wybucha gromkim śmiechem, gdy mówię, że uważano mnie za ładną dziewczynę. Córka powiada wtedy: - Ależ, mamo, nie mogłaś być ładna. Popatrz na te okropne stare fotografie!" (s. 155) i jej szczere pisanie o lepszych i gorszych książkach. Oczywiście własnych. Ciekawe były też fragmenty o pracy nad kolejnymi tomami. Zbieranie pomysłów, wymyślanie intrygi, szukanie na ulicach twarzy mordercy. Niestety jak dla mnie, w stosunku do pozostałej marnej reszty, to za mało by polecać Wam tę książkę. Zdecydowanie lepiej sięgnąć po kryminały Agathy Christie, bo w nich była doskonała.    

Natomiast "Sekretna kochanka Dickensa" Claire Tomalin to interesująca i wciągająca "historia kobiety, która przestała, albo prawie przestała, istnieć; która rozpłynęła się w powietrzu, jakby jej nigdy nie było. Po jej nazwisku, rodzinie, datach i osobistych przeżyciach niemal nie zostało śladu. Co więcej, ona sama walnie się przyczyniła do zacierania śladów swego istnienia; póki żyła, jej dzieci były całkowicie nieświadome przeszłości marki." (s. 19)
Ellen Lawless Ternan (Nelly) odegrała w życiu Charlesa Dickensa wielką rolę, poznali się gdy ona była młodziutką aktorką, a on uznanym i uwielbianym pisarzem o opinii moralisty. Przez trzynaście lat, aż do jego śmierci, utrzymywali swój romans w tajemnicy i do dzisiaj nie znaleziono  jednoznacznego dowodu, że tych dwoje żyło w nieformalnym związku. Składając układankę z wieloma brakującymi elementami można się domyślać, że tak było. 
Claire Tomalin próbuje poskładać te puzzle niemalże na oczach czytelnika. Szuka najdrobniejszych śladów wspólnego życia, bada liczne tropy, tworzy hipotezy i wysnuwa wnioski. Próbując ułożyć biografię Nelly, kreśli jej obraz. Wyłania się z niego kobieta inteligentna, niewątpliwie lojalna Dickensowi, której nie da się jednoznacznie ocenić. Mogłaby czerpać zyski z tej znajomości, a mimo to znika i przez wiele lat nikt nie wie o jej przeszłości. 
Ponadto "Sekretna kochanka Dickensa" to książka o dużo szerszym kontekście. To historia o kobietach w ogóle. O ich poszukiwaniu szczęścia, tożsamości i miejsca w tym zdominowanym przez mężczyzn XIX-wiecznym świecie. Zarówno Nelly, jak i jedna z jej sióstr - Mary, świetnie wpisują się w tę konwencję. Mary porzuciła bowiem niespełniającego jej oczekiwania męża i wyjechała do Włoch, gdzie poświęciła się malarstwu i dziennikarstwu i była osobą powszechnie szanowaną.    
Jeśli macie ochotę na interesującą i pełną znaków zapytania biografię to sięgnijcie po książkę Claire Tomalin. Widać, że Dickens jest w kręgu jej zainteresowań i z ogromną energią i pasją szukała śladów jego związku z Nelly. Dlatego bardzo polecam tę pozycję :)





środa, 19 lutego 2014

"To ja byłem Vermeerem" - Frank Wynne




Tytuł: "To ja byłem Vermeerem. Narodziny i upadek największego fałszerza XX wieku"
Autor: Frank Wynne
Tłumaczenie: Ewa Pankiewicz
Tytuł oryginału:"I Was Vermeer. The Rise and Fall of the Twentieth Century`s Greatest Forger"
Wydawnictwo: DOM WYDAWNICZY REBIS
Data wydania: 2007
Liczba stron: 280










"W 1945 roku niewiele znaczący holenderski handlarz dzieł sztuki został aresztowany za sprzedaż bezcennego skarbu narodowego - obrazu pędzla Vermeera - marszałkowi III Rzeszy Hermannowi Göringowi. Jedyną możliwą karą za zdradę była śmierć. Jednak Han van Meegeren gnił w zimnej i wilgotnej celi więziennej, nie mogąc wydobyć z siebie dwóch prostych słów, które dałyby mu wolność: jestem fałszerzem.
To ja byłem Vermeerem jest zdumiewającą, niezwykłą opowieścią o człowieku, który minął się z czasem i powołaniem. Od wczesnego dzieciństwa marzył, żeby zostać malarzem, ale w skandalizującym świecie sztuki współczesnej jego malarstwo krytycy wyśmiali jako beznadziejnie staroświeckie. Wściekły i rozgoryczony uknuł plan zemsty na swych przeciwnikach. Było to oszałamiające, zręczne oszustwo, dzięki któremu w niespełna dziesięć lat zarobił równowartość pięćdziesięciu milionów dolarów; zyskał akceptację właśnie tych krytyków, którzy wcześniej z niego szydzili i... zobaczył swoje obrazy wiszące tuż obok arcydzieł Rembrandta i Vermeera.

Jako malarz Han poniósł klęskę, jako fałszerz był niedościgniony. To ja byłem Vermeerem jest niewiarygodną, a jednak prawdziwą historią największego fałszerza wszech czasów, trzymającą w napięciu opowieścią o zachłanności, nieposkromionej pysze, braku umiaru, zdradzie i sztuce."
Ten opis z okładki doskonale opisuje historię życia Hana van Meegerena i sprawił, że bez zbędnego namyślania zgarnęłam tę książkę z bibliotecznej półki.


I cóż teraz  mogę o niej powiedzieć?
Że jest niezwykle pasjonująca? Oczywiście, że tak!
Że wciąga od pierwszych stron? Ależ tak!
Że opowiada niesamowitą historię? Ba. Jasne!
Że nie można się od niej oderwać? I tak i nie. Tak, bo Han van Meegeren był wyjątkową postacią (choć raczej w negatywnym tego słowa znaczeniu). Nie, bo ciągle trzeba zaglądać do internetu lub albumów i uważnie, jak nigdy wcześniej, przyglądać się obrazom Vermeera. Niesamowite jak wiele niuansów umyka nam gdy nie wiemy na co patrzeć. Tymczasem w dziełach Vermeera (i nie tylko), jest tak wiele drobiazgów, które wyróżniają go spośród innych. Kąt padania światła, kolory, wzór na obrusie i wiele, wiele innych. Dlatego, żeby być fałszerzem i umieć powtórzyć każdy szczegół trzeba być "człowiekiem renesansu", perfekcjonistą, "trzeba stać się wytrawnym historykiem sztuki, konserwatorem, chemikiem, grafologiem i dokumentalistą" (s. 87). Han van Meegeren był tym wszystkim, ale był też alkoholikiem, morfinistą, hipochondrykiem. Był żądny poklasku, sławy i chwały. Podczas lektury nie było chyba jednego, krótkiego momentu, w którym poczułabym sympatię dla tego człowieka. A mimo to jego historia ogromnie mnie zafascynowała i sprawiła, że zaczęłam zastanawiać się nad zasadami panującymi na rynku dzieł sztuki, które do tej pory niespecjalnie zaprzątały moją głowę. Skąd wiadomo co jest oryginałem a co kopią, kto to stwierdza, jaką mamy pewność, że obraz przez badaczy uznany za autentyk faktycznie nim jest?

"Thomas Hoving, były dyrektor nowojorskiego Metropolitan Museum of Art, ocenia, że 60% wszystkich dzieł oferowanych mu w okresie jego szesnastoletniej kadencji było "nie tym, czym wydawały się być". "New York Times" sugeruje, że czterdzieści procent wszystkich znaczących dzieł wystawianych na sprzedaż stanowią falsyfikaty. Nie jest to odkrycie ostatnich lat: już w 1940 roku "Newsweek" twierdził, że "spośród 2500 prawdziwych dzieł, które namalował Jean Baptiste Camille Corot, tylko w samych amerykańskich zbiorach jest ich ... 7800". (Wstęp, s. 9-10)
Jeśli interesujecie się sztuką, lub przeciwnie, jesteście podobnymi do mnie "lajkonikami" w tej dziedzinie koniecznie sięgnijcie po "To ja byłem Vermeerem". Myślę, że nie będziecie zawiedzeni.
Bardzo polecam!
Trzymajcie się ciepło :))

 5/6



poniedziałek, 10 lutego 2014

Sprawy różne, okołoksiążkowe :)

Wkrótce na blogu pojawi się nowy wpis merytoryczny o "To ja byłem Vermeerem" czy też (troszkę później) o dwóch ciekawych biografiach - o "Sekretnej kochance Dickensa" i "Autobiografii" Agathy Christie. Zanim to jednak nastąpi krótka notka dotycząca kilku spraw.

1. Jeśli kogoś zainteresowała Daria Doncowa i jej "Manikiur dla nieboszczyka" to spieszę poinformować, że poprzez stronę internetową Media Markt możecie zamówić 4 tomy  o Lampie Romanowej - 2,99 zł/sztuka.

2. Zamawiajcie Newslettery wydawnictw. Oczywiście dla większości miłośników książek jest to sprawa oczywista, ale jeśli ktoś tego nie zrobił to bardzo zachęcam. Na początku lutego wydawnictwo Znak robiło jednodniowe promocje i wyprzedawało książki po 9.90 (przy zakupie powyżej 69 zł - o ile dobrze pamiętam). Dzięki temu można było kupić masę świetnych tytułów z olbrzymim rabatem. Podobnie robi Wydawnictwo Literackie. Gdyby nie newsletter pewnie bym o tym nie wiedziała i nie kupiła tych cudnych książek.


3. Na początku stycznia zaczęłam używać aplikacji Instagram i strasznie mnie to używanie wciągnęło. Jeśli macie ochotę podglądać moje zdjęcia serdecznie zapraszam. Wystarczy kliknąć na właściwą ikonkę. Przy okazji zapraszam Was również na profil Książkowo Dolne na FB. Zamieszczam tam interesujące - przynajmniej dla mnie ;-) - linki i informacje. Jeśli spodobają Wam się moje profile, będę bardzo szczęśliwa :-). 


4. Jeśli podczas czytania lubicie zaznaczać najlepsze fragmenty kolorowymi karteczkami to pamiętajcie, że od czwartku w Biedronce będzie można kupić zestawy takich karteczek w przepięknych, intensywnych kolorach. Nie wiem jak Wy, ale ja mam zamiar zrobić sobie pokaźny zapas takich bloczków :-). 


To tyle z informacji różnych. Pozdrawiam Was ciepło :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...