niedziela, 9 października 2011

"Piękni i przeklęci" - Francis Scott Fitzgerald

Recenzując "Miasto ryb" pisałam, że nie polubiłam głównej bohaterki. Ciekawe co mam napisać teraz, po przeczytaniu "Pięknych i przeklętych"? Chyba tylko to, że Ała z "Miasta ryb" to świetna osoba w porównaniu z głównymi bohaterami powieści Francisa Scotta Fitzgeralda - Anthonym i Glorią. Ci to dopiero dali mi w kość. Nie ma możliwości, żeby choć trochę ich polubić, zresztą nie o sympatię w tym przypadku autorowi chodziło.
Akcja tej powieści toczy się w na początku XX wieku w Stanach Zjednoczonych. Anthony Patch na pozór jest bogatym, wytwornym, inteligentnym młodzieńcem. Na pozór. W rzeczywistości nie jest ani bogaty (dysponuje pewnymi środkami, ale tak naprawdę liczy na spadek po dziadku - milionerze), ani wytworny, ani przesadnie inteligenty. Jest za to rozkapryszony, leniwy i egzaltowany. Główne jego zajęcia to spotkania ze znajomymi i snucie planów napisania książki o średniowieczu.
"....dzięki spotkaniu z dziadkiem zaczął myśleć o pracy jako o czymś, czym może wypełnić sobie życie. Przez rok, który minął od tej rozmowy, sporządził kilka spisów bibliografii, wymyślał tytuły rozdziałów i nawet rozplanował sobie pracę, ale dotąd nie napisał ani jednej linijki; nie wyglądało też, by kiedykolwiek miał coś napisać. Nie robił nic - i w całkowitej niezgodności z logiką wielce go to bawiło."
 Gdy Anthony poznaje Glorię jego życie nabiera rumieńców, ale myli się ten, kto sądzi, że chłopak się zmieni. Teraz rzeczy, które do tej pory robił sam, robi z Glorią.
 "To co robimy z Anthonym, to puszczanie baniek mydlanych. Szczególnie piękne puszczaliśmy dzisiaj; gdy te pękną, zrobimy nowe, tak samo wielkie, tak samo piękne - aż zabraknie nam wody i mydła."
Razem wydają pieniądze, bawią się i żyją w niszczącej ułudzie, że świat mają u swych stóp. Niestety, życie które jest jedną wielką imprezą w pewnym momencie się kończy. Grono znajomych kurczy się coraz bardziej, a bohaterów momentami nachodzi refleksja, że coś powinni zmienić w swoim życiu. Ale potem znowu zaczyna się weekend, a wraz z nim kolejna impreza trwająca kilka dni. I nagle okazuje się, że świat w którym żyją i realia im współczesne sprawiły, że to oni musieli paść na kolana. Kończą się pieniądze z akcji, mieszkania, które wynajmują są coraz mniejsze i w gorszych dzielnicach, a dziadek w swoich planach testamentowych najwyraźniej nie uwzględnił jedynego wnuka. Co robić w takiej sytuacji? Szukać pracy? Jakże to, przecież to wstyd? Znamienne jest ostatnie zdanie powieści, które na długo wbiło mnie w fotel.

Francis Scott Fitzgerald stworzył powieść wyjątkową - wielowymiarową i pasjonującą. Jest to kronika Ameryki z początków XX wieku. Kronika brutalnie obnażająca moralny upadek ówczesnej "śmietanki towarzyskiej", która w rytm melodii wygrywanych przez muzyków jazzowych, trwoniła czas i fortunę. Anthony i Gloria są tylko przedstawicielami tej części społeczeństwa. Są ludźmi dla których wartości takie jak pracowitość, lojalność i przyzwoitość nic nie znaczyły. Liczyła się tylko zasobność portfela i gotowość do uczestniczenia w alkoholowych spotkaniach towarzyskich.

Na okładce polskiego wydania możemy przeczytać taki tekst: "Historia wielkiej miłości, która przerodziła się w przekleństwo". Niestety ja w tej historii żadnej wielkiej miłości nie znalazłam. Nie wydaje mi się, żeby Anthony i Gloria darzyli siebie jakimś szczególnym uczuciem. Każde z nich było zbyt skupione na sobie i swoich odczuciach żeby móc naprawdę pokochać.

Cóż mogę powiedzieć na koniec - PRZECZYTAJCIE KONIECZNIE. Choć z góry uprzedzam, że nie jest to powieść łatwa, lekka ani przyjemna. Niemniej jest naprawdę warta poznania.

sobota, 1 października 2011

"Miasto ryb" - Natalka Babina

O "Mieście ryb" czytałam i słyszałam wiele dobrego. I słusznie, bo to wyjątkowa książka, jedna z lepszych jakie ostatnio czytałam. Momentami nostalgiczna, momentami szalona, w wielu miejscach zabawna i ciągle na nowo zaskakująca. Muszę przyznać, że po pierwszych kilku stronach nie oczekiwałam że ta lektura da mi tyle przyjemności. A jednak!!!
Na okładce czytamy: 
"Brawurowa powieść białoruska: nad Bugiem, na ziemi brutalnie przeciętej pasem granicznym, w sielskiej wiosce Dobratycze ginie najstarsza jej mieszkanka, babcia Makrynia. Kto i dlaczego wsypał truciznę do kubka z kawą na werandzie? Czy babcia naprawdę była, jak szeptano w okolicy, wiedźmą? A jeśli tak, czy zdoła po śmierci ukarać swoich morderców i obronić wieś przed zagładą?
Świetnie, reportażowo wręcz opisane realia współczesnej Białorusi zapewne zaskoczą Polaków: uczciwe, prywatne firmy, duże pieniądze, Internet pod strzechami, a z drugiej strony dynamiczna mieszanka języków, kultur i religii, lokalna świadomość sięgająca czasów unii brzeskiej - wszystko to mocno odbiega od stereotypy smutnego, płaskiego kraju, przygniecionego polityką prowincjonalnego reżimu...."
Nie jest łatwo zaklasyfikować tę powieść do jednego, konkretnego gatunku. Po części jest to kryminał (zostaje zamordowana babcia głównej bohaterki), po części science - fiction (bohaterka wpada w nory czasowe i przenosi się w przeszłość). Znajdziemy tu także elementy powieści obyczajowej i political - fiction. Na okładce widnieje hasło "Ta białoruska książka nie jest o Łukaszence". I faktycznie nie jest, ale jest o wyborach prezydenckich, o aresztowaniach, podsłuchach i zastraszaniu zwolenników innych (niż ten właściwy) kandydatów. Główna bohaterka to pięćdziesięcioletnia kobieta po przejściach, ciągle popijająca alkoholiczka po licznych terapiach odwykowych, rozwódka [jak się potem okaże od 17 lat ;)] ściągająca na siebie liczne kłopoty, siostra bliźniaczka - co jest dosyć istotne dla całej fabuły, a już na pewno dla bohaterki.

Każdego, kto nie czytał "Miasta ryb" zachęcam do lektury z dwóch powodów. Po pierwsze, nie często mamy możliwość (a przynajmniej ja) poznawania dorobku pisarzy zza naszej wschodniej granicy. Po drugie, ta książka ma w sobie tak wiele atrakcyjnych elementów, że szkoda byłoby ją przegapić. Mi podobała się ta delikatna nostalgia, którą można wyczuć z na kartach powieści. Absolutnie dałam się porwać wyobraźni Natalki Babiny, która tak prowadziła akcję w nieprawdopodobny sposób. A jedyny, malutki zarzut jaki mam dotyczy głównej bohaterki, nie potrafiłam jej polubić. Ciekawiły mnie jej losy, ale jej postępowanie, jej wybory, były tym czego nie potrafiłam zaakceptować.
Niemniej, jak napisałam powyżej, zachęcam gorąco do lektury, bo co mamy czytać jeśli nie takie wielowątkowe i pasjonujące książki?? Ja z pewnością będę czekać na kolejne powieści tej nietuzinkowej pisarki.



czwartek, 25 sierpnia 2011

Moja książka roku !!!! (wiem, wiem mamy dopiero sierpień)

Może dziwne wyda Wam się to co chcę napisać. Otóż .... wiem już, która książka wygra w plebiscycie najlepsza książka 2011 roku. Zapytacie - jak to możliwe skoro mamy dopiero sierpień? A właśnie, że możliwe. Powiem więcej. Jestem pewna, że ta książka na długie lata zagości w moim THE BEST EVER.
A to książką jest "Wzgórze Błękitnego Snu" Igora Newerlego.
Igor Newerly do niedawna był mi pisarzem właściwie nieznanym. Wiedziałam, że jest autorem książki "Zostało z uczty bogów", której nie czytałam i pamiętam, że w szkole podstawowej omawialiśmy "Chłopca z Salskich Stepów", ale już dawno zapomniałam o czym była ta książka. Kiepska ta moja wiedza.
I nie wiem jak to się stało, ale podczas mojej ostatniej wizyty w bibliotece jakoś mi się Igor Newerly przypomniał, a jedna z moich ulubionych pań bibliotekarek poleciła mi właśnie "Wzgórze Błękitnego Snu".
Ach, cóż to za piękna, mądra i wciągająca książka. Jeśli nie czytaliście -  K O N I E C Z N I E przeczytajcie!!! Głównym bohaterem jest Bronisław Najdarowski, który za próbę zamordowania cara zostaje zesłany na katorgę. Po czterech latach jest wolny, ale nie może wrócić do Polski tylko nakazem sądu dożywotnio zamieszkać na Syberii. Tam, w małej wiosce wśród prostych, dobrych i uczciwych ludzi, znajduje swoje miejsce na ziemi. Sam też jest dobrym człowiekiem, a moje serce zdobył już na samym początku książki gdy nakarmił głodnego, przestraszonego szczeniaka i zebrał ze sobą. Przez całe życie Bryśka byli nierozłączni. Bronisław Najdarowski przeżył wiele. Przede wszytkim musiał nauczyć się żyć w tym pięknym, ale trudnym rejonie Rosji. Zajmował się myślistwem, pomagał budować dom, w którym potem sam zamieszkał. Wspólnie z przyjaciółmi znalazł złoto, spotkał też miłość swojego życia. I dobrze mu się wiodło, bo był pracowity i uczciwy, pomagał potrzebującym i był lojalnym przyjacielem. Te wartości są mocno eksponowane w tej książce i pewnie dlatego tak bardzo mi się spodobała. Nie ma tu usprawiedliwienia dla cwaniactwa, nielojalności czy podłości.
Drugim, wielkim atutem tej książki jest język. Zakochałam się w Syberii z kart "Wzgórza Błękitnego Snu". Przepiękne opisy przyrody, prostego, codziennego życia, zwyczajów i ludzi, które nawet przez chwilę się nie dłużyły. Autor zadbał nawet o takie szczegóły jak ceny ubrań, skór czy serów. Chciałam zamieścić tu choć fragment tej cudnej prozy, ale książkę pożyczyłam mamie, więc musicie mi uwierzyć na słowo.
Polecam tę książkę wszystkim. Nie tylko tym, którzy interesują się losami zesłańców lub pasjonują się historią Polski, ale każdemu kto ma wrażliwą duszę i ciągle wierzy, że dobro i prawda zwycięża. O tym jest ta książka!!

bezdyskusyjnie!!!

czwartek, 4 sierpnia 2011

Różne są powody nieobecności ... ale kto słyszał żeby były rude??? ;)

Dawno nie pisałam, ale wszystkiemu winien mój urlop ... troszkę..... i główny powód mojej nieobecności ......nowy członek rodziny. Pojawił się "ni z gruszki, ni z pietruszki". Pewnego dnia mój szwagier znalazł go na ulicy. Kotek (ma około roku) łasił się do ludzi i prosił o jedzenie, a że był strasznie wychudzony i zabiedzony więc szwagier zabrał go ze sobą i tak oto znalazł się u mnie. Kotek otrzymał imię Tymianek i  od ubiegłego tygodnia dzielnie i cierpliwie poddaje się wszelkim zabiegom leczniczym. A leczyć było co, oj było!! Na szczęście wszystko zmierza w dobrym kierunku.
Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy wyrzucają zwierzęta. Biorą gdy są malutkie i słodkie, a potem przychodzą wakacje i zwierzę zaczyna przeszkadzać. Wtedy bierze się takiego osobnika i fiuuuu za drzwi. To oczywiście tylko jeden ze scenariuszy, a bywają jeszcze gorsze. A przecież kot czy pies, który wychował się w domu, nie poradzi sobie sam. Bo jak ma znaleźć sobie jedzenie gdy nigdy tego nie robił? Jak ma przeżyć gdy nie zna zagrożeń, które na niego czekają?
Tymianek jest właśnie takim wyrzuconym kotem. W okolicy nie znaleźliśmy ani jednego ogłoszenia osoby szukającej zguby, mimo że kot jest na pewno domowy. Nasz weterynarz twierdzi, że stan jego zdrowia sugeruje, że mógł błąkać się przez 4 - 5 tygodni.
Teraz kot nabiera sił i każdego dnia staje się bardziej aktywny i weselszy. Bardzo szybko dogadał się z psami  i już nie planuje zmiany adresu. 
Mam nadzieję, że moje życie wkrótce wróci do normy i znowu będę mogła czytać dużo więcej niż obecnie :))
A Tymianek wygląda tak (choć na żywo jest dużo szczuplejszy niż na zdjęciu).
 


niedziela, 17 lipca 2011

"Gorzkie cytryny Cypru" - Lawrence Durrell

Lawrence Durrell (nie mylić z jego młodszym bratem, Geraldem Durrellem) jest tym pisarzem, którego powieści mam na mojej "wish list" chyba od zawsze. Jest on autorem słynnego "Kwartetu aleksandryjskiego", o którym słyszałam wiele, ale nigdy nie widziałam. Moi sporo starsi znajomi, którzy Kwartet kiedyś czytali, na jego wspomnienie wydają przeciągłe "oooooo" co oznacza, że to naprawdę jest coś! Za rekomendację niech posłuży fakt, że ów "czteropak" był inspiracją do napisania "Gry w klasy" dla Julio Cortazara.
Tak więc czekam sobie spokojnie, że kiedyś, któreś wydawnictwo wznowi tę słynną powieść i wreszcie będę mogła ją przeczytać.
Póki co muszą mi wystarczyć "Gorzkie cytryny Cypru". Choć określenie "muszą wystarczyć" sugeruje, że ta książka jest kiepska. A wcale tak nie jest !!! Książka podobała mi się bardzo i myślę, że również ona była w pewnym sensie protoplastką wszystkich późniejszych książek tzw. "krajoznawczych" o autorze, który porzucił jakieś zaludnione, wielkie miasto i postanowił wyjechać na południe: do Prowansji, Toskanii czy innej malowniczej krainy. Lawrence Durrell był Anglikiem, ale urodził się w Indiach i większość swojego życia podróżował. Mieszkał we Francji, w Egipcie, na Rodos, czy właśnie na Cyprze. W "Gorzkich cytrynach Cypru" opisuje swój pobyt w tym kraju, ale może oddajmy mu głos, bo któż lepiej od autora umie opowiadać w swoim dziele:
"To nie jest książka polityczna, ale swego rodzaju impresja na temat nastrojów i atmosfery na Cyprze w trudnych latach 1953 - 1956.
Przyjechałem na wyspę jako osoba prywatna i zamieszkałem w greckiej wiosce Bellapaix. Na opisane tu późniejsze wydarzenia starałem się patrzeć oczyma gościnnych mieszkańców wioski. Mam nadzieję, że książka nie jest tylko nieudolnym peanem na cześć cypryjskich chłopów i tutejszego pejzażu [...].
Okoliczności sprawiły, że na życie codzienne Cypru i jego problemy mogłem patrzeć pod różnym kątem, ponieważ w czasie mojego pobytu imałem się rozmaitych zajęć: przez ostatnie dwa lata byłem nawet na wyspie urzędnikiem państwowym. Obserwowałem więc dramatyczny rozwój wydarzeń zarówno z wioskowej tawerny, jak i z rezydencji gubernatora. Bieg zdarzeń starałem się ukazać z osobistego punktu widzenia i oceniać w kategoriach ludzkich, nie zaś politycznych; chciałem wystrzegać się małostkowości, mam bowiem nadzieję, że książka będzie czytana jeszcze długo po odejściu w przeszłość obecnych nieporozumień, co prędzej czy później musi przecież nastąpić."
 Cóż mogę dodać? Jeśli podobały Wam się książki Petera Mayle`a czy Frances Mayes przeczytajcie koniecznie "Gorzkie cytryny Cypru" bo ta książka jest, według mnie, lepsza. Ciepła, mądra, momentami zabawna, momentami smutno - gorzka i skłaniająca do refleksji.
Naprawdę polecam !!

niedziela, 10 lipca 2011

"Klara Callan" - Richard B. Wright

Powieść "Klara Callan" chciałam przeczytać od momentu gdy Padma (jakieś 2 lata temu) zamieściła jej recenzję na swoim blogu. Poczułam, że to będzie lektura dla mnie i zapisałam ją na mojej "liście życzeń książkowych". Dopiero niedawno udało mi się ją kupić w Matrasie i to za mniej niż 10 zł.
"Klara Callan" to opowieść o dwóch siostrach: tytułowej Klarze i Norze, choć niewątpliwie najważniejsza postacią jest ta pierwsza. Klara jest starsza, ma trzydzieści kilka lat. Po śmierci ojca mieszka sama w wielkim domu, w rodzinnym miasteczku w Ontario i do pewnego czasu jest szanowaną przez lokalną społeczność, nauczycielką szkoły powszechnej. Wydaje się, że jest osobą bardzo spokojną, zrównoważoną i cichą, ale to wszystko pozory, bo wewnątrz jest istnym wulkanem stłumionych emocji, uczuć i myśli, które w końcu muszą znaleźć jakieś ujście. Marzy o wielkiej miłości i przygodach i trochę zazdrości odwagi swojej młodszej siostrze. Nora bowiem mieszka w Nowym Jorku, jest gwiazdą słuchowisk radiowych i prowadzi dość rozrywkowe życie.
Dużym plusem tej książki jest narracja. Nie ma tu typowego narratora, który wie wszystko i opowiada historię bohatera przy użyciu trzeciej osoby. Losy bohaterek poznajmy głównie z listów, które do siebie pisywały (rzadziej z listów od i do innych osób) i pamiętnika Klary. Zwłaszcza te wpisy w pamiętniku pozwalają poznać emocje starszej siostry, których nie potrafi lub też nie chce wyjawić nawet w listach do Nory, w których jest zazwyczaj stonowana i powściągliwa w wypowiedziach. Listy obu kobiet bardzo się różnią. Nora jest szczera i otwarta. Bez skrępowania opisuje swoje smutki i radości: "Jestem teraz bardzo szczęśliwa, Klaro. Program idzie świetnie (słuchałaś jakichś odcinków przez święta?), a w moim życiu pojawił się bardzo słodki mężczyzna. Wiele osób (między innymi Evelyn) uważa, że Lewis jest czymś w rodzaju wilkołaka, ale oni go w ogóle nie znają.....". Natomiast listy Klary wyglądają mniej więcej tak: "Kochana Noro! Dziękuję za liścik. To, co piszesz o zimie, to święte słowa. Nigdy czegoś takiego nie widziałam: dzień w dzień śnieg, a co weekend burza śnieżna. Trochę to przygnębiające, a już jeśli chodzi o węgiel, to klęska. Będę musiała zamówić nową dostawę, żeby mi starczyło do wiosny. Nic nie robię, tylko odkopuję rano dorożkę od domu, przedzieram się przez zaspy do szkoły, a kiedy wracam po południu, odkopuję znowu dojście do domu. Dosyć do beznadziejne. Poza tym nie mam dla Ciebie wielu nowin. Byłam okropnie przeziębiona na początku roku, ale się wykurowałam i jestem z powrotem zdrowa jak koń....". 
W końcu, te przez lata gromadzone emocje wybuchają i Klara staje się sprawczynią kilku lokalnych skandali. Oznajmia, że nie będzie już chodzić na nabożeństwa, bo przestała wierzyć w Boga. W małej społeczności, gdzie wszyscy, niezależnie od poziomu zaangażowania, chodzą do kościoła, taka decyzja musiała wywołać sensację. Ta decyzja była dopiero początkiem "wybryków" starszej z sióstr Callan. 

Powieść Richarda B. Wrighta to także doskonały obraz lat trzydziestych XX wieku. Nowy Jork rozkwita i tętni życiem. Zjeżdżają tam ludzie, którzy szukają szczęścia i próbują odnaleźć się w tym nowoczesnym świecie z eleganckimi magazynami mody i nowinkami technicznymi. Na jego tle Kanada jawi się jako miejsce wyjątkowo spokojne i ciche. Ludzie, na pozór, są pobożni, skromni i chętni do pomocy. W rzeczywistości i z  pobożnością i chęcią pomocy jest różnie, żyją zaś plotkami i nadmiernie interesują się sprawami swoich sąsiadów.
Czy podobała mi się ta książka? Tak i to bardzo, bo "Klara Callan" nie ma słabych punktów. Bardzo dobry język, ciekawa historia i świetnie nakreślenie bohaterowie to elementy, które sprawiły, że wciągnęłam się w tę książkę już na samym początku i pomimo licznych obowiązków (czerwiec to dla mnie zawsze miesiąc bardzo intensywnej pracy) każdego dnia musiałam wygospodarować przynajmniej pół godziny, żeby dowiedzieć się co słychać u Klary.
I na koniec jeszcze słów kilka o autorze. Gdybym nie wiedziała, że Richard B. Wright jest mężczyzną to naprawdę trudno byłoby mi w to uwierzyć. Postać Klary, jest tak bardzo, zwłaszcza w sferze emocji, kobieca, że aż niemożliwe wydaje się, żeby mógł to pisać mężczyzna. Zresztą, w tej książce dominują kobiety, one są sprawczyniami wielu zdarzeń i wokół nich tworzy się cała historia. Mężczyźni nie są tu przedstawieniu w pozytywnym świetle, oj nie. Są bufonami, notorycznymi kłamcami, a nawet sprawcami gwałtów. Gdyby taką powieść napisała kobieta, pewnie zostałaby okrzyknięta pisarką feminizującą, ale czy pisarza można obdarzyć takim określeniem?
Muszę koniecznie przeczytać inne powieści tego autora, choć z tego co się orientuję, jak dotychczas, tylko "Klara Callan" została przetłumaczona na język polski.
Nie muszę chyba dodawać, że polecam tę książkę bardzo gorąco.

piątek, 1 lipca 2011

"Martwe jezioro" - Olga Rudnicka

Powiem tak: sama się sobie dziwię, ale podobała mi się powieść Olgi Rudnickiej "Martwe jezioro". Powodem mojego zdziwienia nie jest jakość książki, a raczej fakt, że na początku kompletnie mi nie leżała. Nie podobała mi się historia, drażniła główna bohaterka i wkurzały drętwe dialogi. Ale ...... i tu ukłon w stronę mojego psa, a właściwie suki, która tylko czekała na moją "miejscówkę" na fotelu, a ja nie miałam ochoty jej tam wpuszczać, bo za chwile i tak musiałabym ją zgonić, więc wytrwale siedziałam i czytałam. (Ufff, zdanie zawiłe, ale jakoś poszło ;)). I nagle, nawet nie wiem kiedy, książka zaczęła mnie wciągać coraz bardziej, bohaterka przestała drażnić i doczytałam ją do końca wdzięczna "rudej", że mnie do tego zmobilizowała. I tylko dialogi mogły być lepsze, choć im dalej tym było lepiej.
Historia opowiedziana w "Martwym jeziorze" jest naprawdę ciekawa. Główna bohaterka - Beata, postanawia wynająć prywatnego detektywa, żeby dowiedzieć się czy jej rodzice są faktycznie jej rodzicami. Ma powody przypuszczać, że ojciec nie jest jej biologicznym ojcem, ponieważ nie zgadzają się grupy krwi. Podejrzewa, że jej matka mogła mieć romans. Nie bez znaczenia jest też fakt, że rodzice nigdy nie okazywali jej uczuć, że właściwie zerwali z nią kontakt gdy wyjechała na studia do Warszawy. I oto nagle prywatny detektyw odnajduje w Stanach jej akt zgonu i nagrobek. Kim więc jest? Skąd wzięła się w domu ludzi, których przez całe życie uważała za rodzinę?
Korzystając z okazji, że po dwóch latach milczenia, młodsza siostra przysłała jej zaproszenie na ślub, postanawia pojechać do domu i dowiedzieć się prawdy. Jej zwariowana przyjaciółka niemalże zmusza ją, żeby na uroczystość pojechała z jej bratem - Jackiem. Chłopak jedzie z nią i aż się chce powiedzieć "dzięki Bogu", bo bez niego byłoby z Beatą krucho.
Ciekawa byłam jak autorka wybrnie z całej tej pogmatwanej intrygi. Okazało się, że poradziła sobie całkiem nieźle i inteligentnie. Większość tajemnic została wyjaśniona, źli ukarani, a dobrzy docenieni. Piszę tak enigmatycznie ponieważ nie chcę zdradzać fabuły. Jeśli ktoś ma ochotę na przyjemną i lekką lekturę z dreszczykiem to zachęcam do sięgnięcia po "Martwe jezioro". To książka na jeden, góra dwa wieczory, a jeśli komuś spodoba się ta historia to może przeczytać drugą część pt. "Czy ten rudy kot to pies?" Ja przynajmniej mam taki zamiar.


 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...